takie sobie logo serwisu
Wprowadzenie

Adela CHOLEWA
Sybir

Władysław CZUBEK
Pamiętnik gimnazjalisty

Adela Cholewa

Sybir


Mieszkaliśmy w Nastasowie, w powiecie tarnopolskim. 10-tego lu­tego 1940 roku był mróz i dużo śniegu. Wczesnym rankiem do naszego domu przyszli uzbrojeni w karabiny żołnierze NKWD (Rosjanie i Ukraiń­cy), dając nam pół godziny na spakowanie rzeczy osobistych. Wyszliśmy z domu bardzo wystraszeni. Na podwórzu stały sanie, na które rozkazano siadać nam, dzieciom. Starsze dzieci i rodzice szli pieszo. I tak dotar­liś­my do odległej o 15 kilometrów stacji kolejowej Berezowica, gdzie trzeba było się załadować do zimnych i ciemnych bydlęcych wagonów. Po cało­dniowym postoju w Berezowicy pojechaliśmy do Tarnopola. Tu staliśmy trzy dni. Przeładowano nas do rosyjskich wagonów tej samej klasy - z ma­łym okienkiem, piecykiem na środku wagonu i dziurą w podłodze - dla celów fizjologicznych. Było nas w wagonie osiem rodzin. Spaliśmy na pięt­rowych pryczach - nasza na górze była blisko okienka. Jeszcze w Tarno­polu przyszedł nasz znajomy, p. Ignacy Imiołek, którego rodzina była z na­mi w wagonie. Przyniósł chleb i coś do jedzenia. Żegnał się ze wszyst­kimi płacząc.

Nadeszła chwila odjazdu. Wagony pozamykali, zaryglowali. Ze łza­mi śpiewaliśmy Serdeczna Matko... Wieźli nas przez Podwołoczyska, Wo­łoczyska, przez całą Rosję. Na stacjach kolejowych widać było transporty Polaków z innych rejonów: z Lidy, Grodna, Wileńszczyzny.

Raz dziennie wartownicy otwierali wagony i czterech mężczyzn wy­cho­dziło po chleb, zupę, pęczak i kipiołek - to całe nasze menu. Wagon był zimny, nie było czym palić, pierzyna przymarzała do ścian. Im bar­dziej w głąb Rosji, tym zimniej.

Dojechaliśmy do Uralu. Na skarpie góry widniał napis po rosyj­sku i po polsku: Sybir. Jechaliśmy przez Omsk, Nowosybirsk, Tomsk. Sta­cją docelową był Krasnojarsk. Nasza podróż koleją trwała już miesiąc.

W Krasnojarsku nas wysadzili i zakwaterowali w jakimś dużym bu­dynku. Prawdopodobnie była to stocznia rzeczna - pośrodku stał zbudo­wany statek. Ulokowali nas wokół niego na podłodze. Wprawdzie były tam piecyki, jednak małe dzieci płakały z zimna. Dostajnik (komisarz) ogłosił, żeby matki z dziećmi przeszły do innego budynku, gdzie było nieco ciep­lej. Niektórzy obawiali się, że chcą nas oddzielić od rodziców. Więk­szość jednak skorzystała z zachęty.

W Krasnojarsku, o ile pamiętam, staliśmy około tygodnia. Czekała nas dalsza podróż w Tajgę. Nadszedł wreszcie dzień odjazdu. Dzieci sa­niami, dorośli pieszo - i tak trzy dni wędrowaliśmy po zamarzniętym Jeni­sjeju, nocując po wioskach u dość nam przychylnych rosyjskich rodzin. Pod drodze ktoś (woszczyki) nam ukradł worek mąki. Było zimno i padał gęsty śnieg.

Drugiego dnia dojechaliśmy do Uść Derbiny. Tu nas rozdzielili. Jed­na połowa transportu pojechała na Tubil, a my w drugiej połowie podą­żyliśmy na Popereczkę w Daurskij Rejon. Popereczka to był uczastok skła­dający się z ośmiu baraków, stołówki, sklepu i bani (czyli łaźni). Polacy zajmowali lewe i prawe skrzydło w dużym baraku. W lewym skrzydle oprócz naszej rodziny Czubków było jeszcze rodzin dziesięć: Sikorów, Czar­notów, Cwynarów, Okrzesików, Rębaczy, Skowrońskich, Buczków, Pochapinów, Matrasów i rodzina ukraińska, której nazwiska niestety nie pamiętam. Prawe skrzydło było tak samo gęsto zaludnione.

Każda rodzina miała prycze z desek. Spał jeden obok drugiego, przykrywał się pierzyną czy co tam miał. Do ogrzewania baraku służyły dwa żeliwne piecyki, na których można było sobie coś ugotować. Po obiad, jakąś zupę, wszyscy chodzili do stołówki. Słychać było nieustanny płacz dzieciaków - nie było mleka: ich za bardzo nie było czym karmić.

Rodzice i bracia: siedemnastoletni Władysław i piętnastoletni Leon od razu po przyjeździe poszli do pracy przy wyrębie drzewa. (Dziesiętnik liczył, ile narżnęli i według tego im wypłacał.) Wiosną natomiast spławia­li to rzeką. Ja, Lodzia i Tadeusz byliśmy małoletni, więc do pracy nas nie brali. Gdy było ciepło, zawsze znajdowaliśmy jakąś zabawę obok baraku, a latem, jak wszystkie dzieci, chodziliśmy do lasu na jagody i maliny, chociaż nie było wolno - komendant Jaszyn zabronił. Prowadziła nas tam po kryjomu pracownica bani, Rosjanka. Trochę strach było iść - niedź­wiedzie! Ale za to jagód mnóstwo - dużych i pięknych.

Za naszym barakiem w lesie pod górą zrobiono cmentarz dla Pola­ków. Umierało dużo zwłaszcza starszych dzieci. Z naszej sali dzieci zmar­ło troje, dwudziestoletni mężczyzna - Ukrainiec, potem Franciszek Czar­nota i wielu innych. Codziennie był jakiś pogrzeb. Na wiosnę 1940 roku, gdy śnieg zaczął tajać, woda rozmyła groby - ludzie układali na nich ka­mienie, aby ślad nie zaginął.

Ojciec zmienił pracę - odtąd pracował jako tracz z p. Kozubalem. Dalej od Popereczki w Uść Popereczce i Czeremoszce były cztery baraki zamieszkałe przez Polaków. Rosyjskich rodzin było mało. Wokół nas wszę­dzie góry, lasy, wąwozy.

W 1941 na jesieni naszą rodzinę przenieśli na Dwojeuście. Była to dość duża miejscowość: trochę baraków, domki, stołówka, sklep, klub, elek­trownia, suszarnia, zajezdnia samochodów i traktorów, kotłownia, maleń­ki szpitalik, przedszkole, szkoła. Mieszkało tu dużo ruskich rodzin. Mieli ogródki, krowy. Czasem można było kupić od nich zsiadłego mleka. Miesz­kaliśmy w baraku podzielonym między cztery rodziny: nas - Czubków, Mazurów i dwie rodziny Wojewodów.

Ojciec był nadal traczem, mama w bratem Władysławem rżnęła ciurki do opału traktorów i samochodów: to są takie małe 7-8 centymet­rowe klocki, które się potem suszyło w suszarni. Brat Leon pracował przy ładowaniu bali drzewa na traktory (czyli był gruszczikom) - praca bardzo ciężka. W zależności od pory roku pracowali w lesie, na rzece, na drodze.

Zima 1941 jest bardzo mroźna. Mróz trzyma ponad 40 stopni. W miesz­kaniu zimno, pojedyncze okna zakute lodem, drzewa brakuje - nie ma czym przywieźć. Trzeba było kraść z kotłowni. Widział nas kie­dyś przy kradzieży rosyjski robotnik, ale na szczęście nic nikomu nie po­wiedział. Takich ludzi było więcej - wymienię choćby kierownika sto­łów­ki (Pobereżny): pożyczał nam pieniądze i długo czekał na zwrot, bo nie było z czego. Wyżywienie było marne: jedno danie - zupa owsiana z gło­wami ryb lub zupa z łusek (gałuszki). Drugie danie mieli jedynie Sta­chanowcy - z Polaków mało kto dostawał (normy były wysokie, a Ruscy mieli przywileje!). Po zupę trzeba się było pchać w kolejce, żeby nie za­brakło. Chleba początkowo dla pracujących było 800 gram, dla niepracu­jących 400 gram. (Taki wodnisty chleb pieczony w formach nazywano kirpicz.) Podczas wojny racje były jeszcze mniejsze: 400 gram dla pra­cującego, a 150 dla niepracującego. Zdrowe górskie powietrze, zjeść by można i kilo, a tu nawet przydziału nie można było wykupić - brakowa­ło chleba, wszystkiego. Zaczął się głód. Ludzie umierali - puchli lub wy­sy­chali. Taką śmiercią zmarły moje koleżanki Adela, Matylda i Helena Plon­der. Umierali i młodzi, i starzy. Dodatkowo organizm osłabiała malaria.

Byliśmy zagłodzeni. Nie mieliśmy łaknienia. Mama zdobyła (kupi­ła) kawałek wołowiny i podkarmiała nas, żeby przeżyć. Brat Leon dostał kurzej ślepoty - wieczorem i wczesnym rankiem nic nie widział. Idąc do pracy przewracał się na pniach. Mama poszła na koniusznę. Gdy raz po wypadku zabili konia, wyprosiła trochę wątroby. To się gotowało z wodą i robiło się okład na oczy. Na koniec się wątrobę jadło. Trochę to poma­gało. Z lekarstw nie było żadnych prócz aspiryny. Gdy bolało gardło, fel­czer Dasza wypędzlowała jodyną i przestawało boleć.

Ojca, brata Władysława i kilku innych mężczyzn zabrali do karnej pracy na trzy tygodnie dość daleko od miejsca zamieszkania. Pracowali przy wyrębie lasu - mieszkali w szałasach, żywili się grzybami i trochę chle­bem. Wrócili z powrotem bardzo zawszeni. Brat się przeziębił i długo cho­rował. W tym czasie chodził na ryby i pisał pamiętnik. Do pracy wrócił dopiero po dłuższym czasie.

Gdy miałam trzynaście lat, również i mnie wzięli do pracy, do oko­pywania ziemniaków blisko Jermałajowej, oddalonej o 10 kilometrów pięk­nej wioski, podobnej do miasteczka. Były tu nizinne ogrody, a w nich ziem­niaki i inne jarzyny. Pracowałam tu trzy tygodnie. Mieszkaliśmy w ma­leńkiej chatce, tak zapluskwionej, że trudno było spać. Można było cho­dzić do lasu na grzyby (kurki, rydze). Las był brzozowy i sosnowy. Raz niedźwiedzie wystraszyły nas swoim rykiem i trzeba było uciekać na plan­tację ogórków. Dozorca miał broń, więc nie było się czego bać. Po za­koń­czeniu pracy wróciłyśmy do domu (baraku). Na Dwojeuściu chodziłam z siostrą Lodzią na grzyby i na jagody. Kilka razy mama je sprzedała i za te pieniądze kupiła parę butów (na trzy osoby).

Lato syberyjskie jest krótkie i ciepłe. Daje się we znaki dużo ko­marów, bąków i maleńkich muszek. Te ostatnie gryzły bardzo, a wcho­dziły wszędzie. Trzeba było się smarować dziegciem lub nosić kapelusz z siatką (z tym jednak było gorzej, bo nigdzie nie można było kupić).

Gdy Polacy otrzymali paszporty, zapanowała wielka radość. Cie­szyli się, śpiewali, dyskutowali. Zaczęli wyjeżdżać w pobliskie rejony do Nowosiołowa i Minusińska. Wraz z innymi Polakami wyjechaliśmy do Jer­małowej. Tu zamieszkaliśmy w rosyjskich rodzin. Można było pracować przy spławie drzewa. Gdy praca się skończyła, popłynęliśmy tratwą przez rzekę Jenisjej do Gałuszychy. Tu zamieszkaliśmy w dużym baraku nad za­toką Jenisjeja, pracując przy spławie drewna do Krasnojarska. Z Gałuszy­chy przenieśliśmy się do pięknej wioski nad brzegiem Jenisjeja - Jeza­gasz (niektóre domy były pięknie rzeźbione i malowane). Skorzystaliśmy z gościny Rosjan Izaków - mieszkała tam matka z trojgiem dorosłych dzie­ci, mąż walczył na froncie. Dobra była z niej gospodyni, z nami dzieliła się mlekiem i ziemniakami. Ojciec pomagał przy sianokosach i zwózce.

W wiosce był sklep, piekarnia, zlewnia mleka w cerkwi, nad Jeni­sjejem przystań rzeczna. Tu przychodziłyśmy sprzedawać lub wymieniać na odzież czerwone jagody. Była z nami polska rodzina Fijałkowskich, którzy potem wyjechali do Minusińska. W naszej wiosce mieszkały jesz­cze rodziny polskich powstańców - Bielaccy - którzy pamiętali, że ich dzia­dowie byli Polakami. W sierpniu 1942 opuściłam Jezagasz i popłynęłam 10 kilometrów na drugi brzeg Jenisjeja do osiedla Baza. Było tu duże sku­pisko Polaków. Pamiętam nazwiska Lemciów, Nosków, Toruniów, Przy­byszów, Łyczakowskich, Skowrońskich, Sucheckich, Filarowskich. Pani Su­checka postarała się o pracę dla mnie w Uść Derbinie w charakterze opiekunki do dzieci u rodziny Iwanciszyn. Tu w maju 1943 przyjechał się pożegnać brat Leon, gdy odchodził do Wojska Polskiego, do Dywizji Koś­ciuszkowskiej.

Nasza rodzina przeniosła się z Jezagaszy w góry do Małaszki. Tu było więcej pracy. Ojciec, pracując jako starszy koniuch, dostał miesz­ka­nie: pokój z kuchnią w domku dwurodzinnym. Brat Władysław pracował przy wyrębie drzewa i innych robotach zleconych. Trochę chorował i nie wyleczył dobrze grypy. Dziesięcioletni Tadeusz woził beczkowozem wo­dę do stołówki i piekarni, i w ten sposób zarobił na pajok chleba. Siostra Lodzia opiekowała się dziećmi Dusi Bielackiej, Rosjanki polskiego pochodzenia. Ja przeniosłam się z powrotem do osiedla Baza i dostałam pracę jako pomoc domowa u Walentyny Spiranskiej. Była ona zastępcą dy­rektora Lespromchozu i często wyjeżdżała w komandirowkę, nie bywała w domu po cztery, pięć dni. Spędziłam tam niepełne trzy lata. Nie było najgorzej. Na jedzenie starczało.

Utrzymywaliśmy kontakty z polskimi rodzinami. Spotykaliśmy się, by śpiewać piosenki. Ktoś miał polskie płyty wojskowe. Dzieci miały jedną godzinę języka polskiego. Później to było zabronione. Z polskich koleżanek pamiętam Wisię i Stasię Lecio. Z rosyjskich Tamarę Jakow­lenko (której mam nawet zdjęcie), Tonię Korpienko, Dusię, Nelę (którą potem zaciągnęli do pracy komsomolskiej i wyjechała na północ do Na­rylska - dłuższy czas utrzymywałam z nią korespondencję). Do domu do Małaszki jeździłam raz do roku na trzydniowy urlop. Było dość daleko, bo aż 30 kilometrów.

Władysław często chorował i był na zwolnieniu lekarskim. Nies­tety, nie było lekarstw. Felczer sam zbierał zioła i starał się ludziom ja­koś pomagać. Brat, gdy się trochę podleczył, zaraz szedł do pracy. Tak mi­jały miesiące, a z jego zdrowiem było coraz gorzej. W końcu lekarz z Uść Derbiny skierował go na badanie do Krasnojarska. Okazało się, że to czynna gruźlica. A był rok 1945. Władek, już ciężko chory, załamał się, już nie wychodził z domu, leżąc w łóżku czytał książki, uzupełniał pamiętnik.

Od czasu do czasu przychodziły listy od Leona z wojska. Dopyty­wał się o brata, o nas. Sam brał udział w bitwie pod Lenino, a po dojściu do Polski skierowali go do Szkoły Chorążych do Rembertowa pod War­szawą. Ukończywszy ją, wrócił na front. W bitwie o Kołobrzeg wziął na­wet w lesie do niewoli niemieckich generałów, za co dostał odznaczenie i pochwałę. Wraz ze swoją jednostką walczył w szturmie na Berlin. Zgi­nął 1 maja w wieku zaledwie dwudziestu lat.

Władek w maju i czerwcu 1945 już w ogóle nie wstaje z łóżka, nie ma sił. Jakoś z końcem czerwca ojciec przyniósł kartę pośmiertną Leona, a nie znając rosyjskiego, dał ją do przeczytania Władkowi. Przeczytał i do reszty się załamał. Zmarł 6 lipca, mając dwadzieścia dwa lata. Pochowa­ny został pod górą w lesie na maleńkim cmentarzu między drzewami wśród Kałmyków. (Pamiętnik Władysława został wydany w skrócie w Ty­godniku Kulturalnym w 1988 r.)

Wciąż żyliśmy nadzieją, że wrócimy do Polski. Ogarniały nas na przemian radość i smutek: mówili, że nigdzie nie pojedziemy. Straszyli nas Igarką Kamczatką. Wkrótce zawiązał się Komitet Polski, delegacja jeź­dziła do Krasnojarska, przywozili wieści złe i dobre, a o wyjeździe ani słychu. NKWD robiło utrudnienia - zawsze coś nie tak. W końcu na­deszła długo oczekiwana chwila. Wezwali nas do Daurska po dokumen­ty, czyli kartę repatriacyjną. Ten upragniony dzień został wyznaczony na marzec 1946. Wszyscy Polacy z różnych stron rejonu mieli punkt zborny na osiedlu Bazie. Czekaliśmy na podwody w dużym klubie. Odjeżdżaliś­my Jenisjejem do Krasnojarska i ta podróż trwała trzy dni. Tam przy­dzielili nas do baraków wojskowych przy stacji kolejowej Jenisjejsk. Po kilku dniach załadowali nas do wagonów towarowych i powieźli na głów­ny dworzec. Tu uformowali duży transport z innych obłasti. Byli Polacy, Ży­dzi. Władze rosyjskie przygotowały pożegnanie, śpiewy. Na Syberii wieź­li nas tą samą trasą, co w tamtą stronę. W Europie jechaliśmy przez Mińsk, Smoleńsk, Brześć. Tak dojechaliśmy do Szczecina i tu był koniec naszej tułaczki. Miałam wtedy osiemnaście lat.




Copyright © by Usługi dla Ludzkości (xwa & mb).
Last UpDate: 12.01.2011 [ver.3.1 rb©]
Generation time: 0.00239sek.


Warning: Unknown: open(/var/lib/php5/sess_a9c89a77218e8c462c41c990c291cb56, O_RDWR) failed: No space left on device (28) in Unknown on line 0

Warning: Unknown: Failed to write session data (files). Please verify that the current setting of session.save_path is correct (/var/lib/php5) in Unknown on line 0