takie sobie logo serwisu
Foto i biogram

"Nikt z nas nie żyje dla siebie..."
Strona tytułowa
Przedmowa
Rozdział I
Rozdział VII
Rozdział XIII
Reforma liturgiczna
Sakrament pokuty
Dezercje kapłańskie
Paradoks życia zakonnego
Spis treści
Bibliografia prac
o. A. Jankowskiego
od 2001 roku
"Nikt z nas nie żyje dla siebie..." Z o. A. Jankowskim rozmawiają..., Kraków 2005.

Rozdział XIII

Kościół współczesny


Reforma liturgiczna


Czy po reformie liturgii, gdy zmieniono przebieg Mszy świętej i wprowadzono język polski - czy Ojciec czuł jakiś żal?

Ani trochę! Tym bardziej, że Kanon Pierwszy, który przez ostatnie kilka wieków był jedynym kanonem w Mszale Rzymskim, a który zachowano obecnie ze względów tradycyjnych, jest trochę nieudany. Od strony historycznej patrząc, powstał on stosunkowo późno, a od strony kompozycyjnej - jest to przecież niezbyt szczęśliwy zlepek wcześniejszych, dość różnych źródeł. Przede wszystkim dlatego nie czułem żalu.

Nowe modlitwy eucharystyczne od razu zdobyły Ojca zaufanie?

Kanon Drugi jest wspaniały z historycznego punktu widzenia. Podejmuje on najstarsze tradycje liturgiczne - prawie dokładnie odpowiada Kanonowi Hipolita z II wieku.

Od strony doktrynalnej doskonały jest Kanon Czwarty, tak dobitnie podkreślający miejsce Eucharystii w planie stworzenia i odkupienia.

Niedawno wprowadzone kanony: Piąty i te dwa o tajemnicy pojednania - to tak wiele treści na dobrą katechezę.

W czym - Ojca zdaniem - należy widzieć największe osiągnięcie posoborowej reformy liturgicznej?

Ożywiła ona prawdziwą wspólnotową Eucharystię. Obficie i bardzo czytelnie zastawiła dwa stoły: stół słowa i stół chleba, nawiązując do najczystszego źródła, do najdawniejszej formy sprawowania Eucharystii. To prezent Ducha Świętego dla Kościoła przełomu tysiącleci.

A jednak nie obyło się bez nadużyć.

Tylko że one nie przekreślają sensu zmian. Za wielką zdobycz uważam najpierw to, że Msza jest odprawiana twarzą do ludzi - dla wspólnoty ma to wielkie znaczenie. Są wprawdzie zwolennicy zachowania tej poprzedniej formy, gdy kapłan - odwrócony tyłem do ludzi i zwrócony do ołtarza - podkreślał tym, że to Chrystus jest najważniejszy, a nie celebrans. Ale wydaje mi się, że to stanowisko jest zbyt zachowawcze. Owszem, bardziej je rozumiem, odkąd usłyszałem od kogoś taką apologię:

- Trzeba wiedzieć, co księża w Niemczech wyprawiają z liturgią.

Bardzo znamienne jest także to, że niedawna instrukcja rzymska Redemptionis Sacramentum piętnuje nadużycia w zakresie sprawowania Eucharystii, ale w niczym nie zmienia ducha soborowych zmian - wręcz przeciwnie.

Polska pobożność eucharystyczna w Ojca ocenie?

Jest chyba nadal w dużej mierze potrydencka, czyli w odniesieniu do ducha ostatniego soboru - trochę ciasna. W dobie reformacji protestanci zakwestionowali prawdziwą obecność Chrystusa w Eucharystii, trzeba więc było zaakcentować przeciwko nim tę obecność. Dlatego w kształtowaniu pobożności ograniczono się do adoracyjnego kultu Eucharystii i zapomniano, że jest to Ofiara sprawowana wspólnie przez wszystkich. A właśnie w tym kierunku powinna się rozwijać pobożność.

Na jakie istotne punkty warto by dzisiaj zwrócić większą uwagę, aby zachować zdrowego ducha w liturgii?

Trzeba pilnować, żeby homilia była naprawdę homilią, a nie kazaniem tematycznym opartym na jednym zdaniu, wyrwanym z kontekstu. Homilia - według mnie - powinna wykorzystać wszystkie trzy czytania niedzielne, bo przecież nie na darmo się je czyta. I to jest dla kapłana zadanie: jak te trzy fragmenty Pisma Świętego połączyć w jedną całość. Przecież do lekcjonarza były one dobierane na pewno nieprzypadkowo.

I drugi ważny punkt: trzeba ludziom w różny sposób ciągle przypominać to, że nie jesteśmy tylko słuchaczami słowa podczas Mszy św., ale jego wykonawcami (por. Jk 1, 25) - mamy to usłyszane słowo na codzień wypełniać i każdy z nas będzie z tego osobiście zdawał sprawę przed Bogiem.

Jeśli tak co niedzielę będzie się wyczerpująco komentować wszystkie trzy czytania, to przecież po kilku latach tematu zabraknie!

Nie ma obawy! Te czytania są zbyt bogate i nie da się ich tak łatwo wyczerpać. A poza tym nie wiadomo, czy nie będzie zmian w lekcjonarzu. Raczej takie są doniesienia z Rzymu.

Kiedyś jeszcze Prymas Tysiąclecia zadał mi tu, w Tyńcu, pytanie:

- Czy ty uważasz, że nasz lekcjonarz liturgiczny jest dobry?

Odpowiedziałem:

- Nie pod każdym względem.

I on mi wówczas przyświadczył:

- Ja to samo myślę!

A w którą stronę mogłyby iść zmiany w lekcjonarzu?

Może być trochę mniej niektórych tekstów starotestamentowych na korzyść takich z Nowego Testamentu, które się jeszcze na ambonę nie dostały, a warto by je uwzględnić.

Homilia w przeciwieństwie do kazania katechizmowego chyba trochę utrudnia formowanie obrazu całej nauki dogmatycznej i moralnej w umyśle słuchacza?

Kto dobrze prześledzi obecny układ czytań poszczególnych okresów liturgicznych, ten nie postawi tego zarzutu.

Z drugiej strony, homilia niedzielna nie ma zastępować katechezy: to katecheta ma za zadanie porządkować wiedzę religijną u młodego człowieka. Jeśli taki systematyczny obraz nie powstaje, to trzeba spytać, czy katecheza w swoim programie bierze pod uwagę wszystkie czynniki deformujące świadomość religijną i moralną młodzieży oraz czy im skutecznie przeciwdziała. Natomiast nie wolno winić za to homilii posoborowej - co czasem słychać z ust krytyków.

Skoro już zahaczyliśmy o katechizację: Ojciec nie "uczy religii" od czasów wojny, widzi Ojciec jednak owoce katechizacji: spotyka się Ojciec z katechizowanymi - zwłaszcza w konfesjonale. Ojca spostrzeżenia?

Zapytałem kiedyś dyrektorkę pewnej szkoły katolickiej o formy i program katechezy. W odpowiedzi usłyszałem słowa uznania dla katechetki za jej otwarcie i dyskusje o konkretnych "problemach życiowych". Dzięki temu zyskała ona doskonały kontakt z uczennicami.

Nie przeczę, że jest to dobry sposób na przyciągnięcie uwagi i zdobycie sobie autorytetu. Ale czai się tu niebezpieczeństwo: nie wolno zaniedbać wykładu ogólnych zasad moralnych i całkowicie go zastąpić podawaniem przykładów, omawianiem "problemów życiowych" - taką swoistą kazuistyką. Tu musi być zachowana równowaga. W przeciwnym razie człowiek, nie znający tych zasad ogólnych, który znajdzie się kiedyś w całkiem nowych okolicznościach życia, nie poradzi sobie z oceną moralną i może popełnić nieodwracalne błędy. Nieadekwatne do jego sytuacji przykłady, zapamiętane z katechezy, niewiele mu wtedy mogą pomóc.

Sakrament pokuty


Mnisi też się spowiadają?

Słucham?!

Czy mnisi też się spowiadają?

A jakże!

Ojciec też chodzi do spowiedzi?

Oczywiście! Dawniej kodeks prawa kanonicznego, ten, którego ja się uczyłem w seminarium, wymagał, żeby kleryk i osoba zakonna spowiadali się co tydzień, kapłani natomiast - saepius, to znaczy częściej? Ale w stosunku do czego? Czy jeszcze częściej niż co tydzień? Nie, prawdopodobnie znaczyło to: niech pamiętają, że spowiedź musi być dość często.

Tamte przepisy już nie obowiązują. Na zjazdach przełożonych i na kapitułach podjęto jednak próby ujednolicenia pewnych zwyczajów w zakonach zarówno męskich, jak i żeńskich. Ponieważ ustalono, że spowiedź ma być raz na dwa tygodnie, tego się trzymamy również w Tyńcu: każdy z nas co dwa tygodnie się spowiada. Jest to u nas traktowane jako obowiązek.

Tu i ówdzie słychać głosy, że chyba najwyższy czas skończyć ze spowiedzią w takiej formie, w jakiej ona jest, czyli z wyznawaniem grzechów, z babraniem się w brudach, a należy przyjąć sposób, jaki praktykuje się czasem w zachodniej Europie - gdzie ksiądz udziela rozgrzeszenia z ambony wszystkim zebranym w kościele.

Taka zbiorowa forma sakramentu pokuty jest dopuszczalna tylko w określonych sytuacjach: albo takich jak niebezpieczeństwo śmierci, albo w okolicznościach, gdzie trudny dostęp do kapłana uniemożliwia dużej liczbie wiernych spowiedź indywidualną, a chcą przystąpić do Komunii. Tylko że po pierwsze, są oni i tak zobowiązani wyznać na najbliższej spowiedzi grzechy ciężkie odpuszczone w ten sposób, a po drugie - poza niebezpieczeństwem śmierci - to nie ksiądz ma ocenić, lecz biskup, czy takie okoliczności rzeczywiście mają miejsce. O ile mi wiadomo, w zachodniej Europie jeszcze nie ma zbyt wielkich trudności w dostępie do księdza - a zatem praktyki, o jakich słychać, są nadużyciem.

Opowiadała mi jedna pani z instytutu świeckiego, że gdy zaczęły się pojawiać te zbiorowe spowiedzi, pewien ksiądz powiedział do niej:

- Jakie to świetne! Ileż my będziemy mogli zaoszczędzić czasu na spowiedziach - dla duszpasterstwa!

Przepraszam, czym będzie wtedy duszpasterstwo? Kancelaria parafialna, zebranie jakiegoś kółka, modna aktywizacja świeckich w parafii? To chyba nie wszystko. Oto, do jakiego stopnia może zafascynować człowieka bezmyślny slogan! Chcesz duszpasterstwa, to bądź pasterzem dusz, a nie tylko prelegentem, który będzie mówił rzeczy interesujące i przyciągające, zamiast napominać i pouczać. Pasterz, choćby taki, o którym śpiewa psalmista, miał zawsze dwie laski: jedną uderzał po głowie wilka, a drugą zaganiał owcę, która odeszła za daleko lub pomyliła drogi. Samą homilią tego się nie dokona, ani tylko nauką katechizmu. Na pewno nie. Spowiedź jest częścią istotną prawdziwego duszpasterstwa: tam się mówi "z duszy do duszy".

Babranie się w brudach? Takie określenie spowiedzi jest bardzo ciasne i jednostronne. A przecież oskarżenie należy do istoty sakramentu. Po pierwsze, skoro Chrystus mówi: "Którym grzechy odpuścicie..." (J 20, 23), to znaczy, że ten odpuszczający powinien wiedzieć, co odpuszcza. I tak Sobór Trydencki rozstrzygnął, że wyznanie grzechów ciężkich jest ściśle obowiązujące do ważności spowiedzi. A po drugie, w rozgrzeszeniu zbiorowym nie ma bardzo istotnego elementu - nie ma trybunału sądowego. Trybunał polega na tym, że penitent jest oskarżonym i jednocześnie oskarżającym. Sakrament pokuty jest przeżyciem już tutaj, z wyprzedzeniem, sądu Bożego. Tego nie ma z wysokości ambony, natomiast jest przy kratkach konfesjonału.

Czyli jednak trzeba swoje grzechy mówić drugiemu człowiekowi?

Niemcy mają takie trafne powiedzenie, że Eucharystia to allerheiligstes Sakrament (Najświętszy Sakrament), natomiast sakrament pokuty to "allermenschlichstes" Sakrament, czyli sakrament najbardziej ludzki. Byłoby wielkim nieporozumieniem dzisiaj, w dobie humanizmu, kiedy się tak wiele mówi o personalizmie, o dialogu - zaniedbać sprawowania sakramentu, który się dokonuje właśnie podczas spotkania dwóch osób. I penitent, i spowiednik są ludźmi, obydwaj wiedzą, co to jest słabość ludzka. Przez to ten drugi może być wyrozumiały, a ma jednocześnie władzę boską i musi pilnować zasad, jakie wyznacza mu Chrystus.

Niestety, zdarza się także przesada w inną stronę, z humanizmem mająca również niewiele wspólnego: spowiedź w tak szybkim tempie, że spowiednika określa się przezwiskiem "dzięcioł"...

Spowiedź uszną uważam za wielki skarb Kościoła. Nie wyobrażam sobie bez częstej spowiedzi poprawy nałogowców i recydywistów. Nie wyobrażam sobie prowadzenia osób uduchowionych inaczej jak przez częstą spowiedź i najlepiej przez stałego spowiednika.

Może być wyjątkiem mała Teresa od Dzieciątka Jezus, która przeżyła dwadzieścia cztery lata i nie miała ani jednego kierownika duchowego, ale jednak spowiadała się regularnie. Odwrotnie, Teresa Wielka, żyjąca trzysta lat przed nią, miała po kolei czterech kierowników duchowych - wszyscy zostali potem kanonizowani lub beatyfikowani, począwszy od Jana od Krzyża. To też bardzo znamienne.

Czyli widać, do jakiego stopnia spowiedź - również jako kontakt dwóch osobowości - jest skutecznym środkiem rozwoju życia chrześcijańskiego i niezastąpioną metodą duszpasterską. A wszystkie zamachy na spowiedź - na sakrament, który ustanowił Chrystus - są niebezpiecznym nadużyciem.


Dezercje kapłańskie


Co się musi stać w duszy mnicha czy księdza diecezjalnego - w duszy człowieka oddanego Bożej sprawie - żeby zdezerterował?

Nie podejmę się analizy wszystkich powodów - mogę się oprzeć jedynie na tych smutnych faktach, które znałem osobiście. I tak często motywem odejścia jest miłość kobiety. Wiele by tu trzeba wpisać na karb zwykłej nieroztropności ze strony księdza: niemądre umawianie spotkań, nieprzestrzeganie zasad higieny psychicznej, szukanie przyjaźni i zrozumienia tam, gdzie się ich szukać nie powinno - słowem takie igranie z ogniem. To prosta droga do niekonsekwencji w celibacie. Czasem część winy spoczywa na odpowiedzialnych za formację seminaryjną, zwłaszcza na spowiedniku i ojcu duchownym, jeśli byli zbyt łagodni w chwili, gdy trzeba było podjąć decyzję trudną do zaakceptowania przez seminarzystę. Źle jest, gdy u niego w grę wchodzą względy społeczne: bolesny powrót do środowiska rodzinnego.

Innym powodem bywa zachwianie w wierze, kiedy się ksiądz nałyka różnych nowinek, a nie ma ugruntowanych zdrowych poglądów katolickich. Gdy do czegoś takiego dołączy się miłość kobiety, to skutki są wówczas do przewidzenia.

A co wtedy, jeśli ksiądz, który został "szczęśliwym ojcem", staje przed decyzją: odejść czy zostać? Jakie kryteria winny mu przyświecać?

Według mnie najważniejsze jest to, czy ta kobieta, która zostanie z dzieckiem, ma warunki dobrego wychowania tego życia, które oni oboje przywołali na ten świat. Bo jeżeli tak, to uważam, że słuszniejszą rzeczą jest trzymać się swoich pierwszych zobowiązań, czyli pozostać w kapłaństwie. Ale jeżeli tej gwarancji nie ma, to lepiej zrezygnować z funkcji kapłańskich, a zająć się wychowaniem dziecka. Natomiast tam, gdzie dziecka nie ma, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, że z kobietą trzeba się rozstać od razu.

Pozostaje jeszcze otwarte jedno pytanie. Prawo kościelne przewiduje w określonych sytuacjach dyspensę od celibatu i zezwolenie na zawarcie związku małżeńskiego - sam celibat nie jest przecież sakramentem, pozostaje w gestii władzy kościelnej. Jednak zdolność przeżywania miłości przez księdza została zupełnie inaczej ukształtowana: jego serce było formowane nie do miłości jednej kobiety, ale do miłości nadprzyrodzonej - do ogarniania miłością ludzi odkupionych przez Chrystusa. Pragnień tego serca chyba nie jest już w stanie zaspokoić ludzka miłość - miłość kobiety. Ilekroć spotykałem się czy korespondowałem z księżmi, którzy odeszli, zauważałem jedną wspólną cechę - jeden nawet, dużo młodszy ode mnie, napisał mi to sam: "Stary to naprawdę ja jestem - nie Ojciec!". Innego spotkałem w kilka lat po odejściu: trudno mi było go rozpoznać - tak postarzał. I niby wszystko było od strony kościelnej legalnie załatwione, pozostało właśnie to jedno pytanie - pytanie o szczęście.


Paradoks życia zakonnego


Dlaczego w niektórych klasztorach zmienia się imię - w innych nie?

W naszym zakonie do niedawna wszystkim zmieniano imiona. Zmieniano - nie ktoś sobie sam zmieniał, lecz otrzymywał imię. Człowiek, kiedy składa profesję mniszą, monastyczną, umiera dla świata.

Umiera dla świata? Przecież każdy mnich musi nadal jeść i pić, chodzi po ziemi, widuje się go w mieście...

"Świat" tutaj oznacza doczesność jako jedyny cel życia. Mnich, owszem, ma się angażować w sprawy ziemskie, ale patrząc z zupełnie innej perspektywy niż tylko doczesność.

A skoro zachodzi tak wielka zmiana w podejściu do świata, mnich powinien mieć nowe imię. Jest ono również śladem słów Chrystusa z Apokalipsy: Dam mu ... imię nowe, którego nikt nie zna oprócz tego, kto je otrzymuje (Ap 2, 17). Właśnie do tego zwyczaju zmiany imienia odwołuje się Mickiewicz w Dziadach:

Gustavus obiit... - hic natus est Conradus...

W starych zakonach nie tylko zmieniano imię, ale również nie używano nazwiska - co w obecnych czasach jest nie do pomyślenia. Dzisiaj, w związku z tym, że zakony tak wiele wnoszą do życia publicznego - choćby w takich dziedzinach jak oświata czy nauka - nawet karmelici i kapucyni używają swych nazwisk.

My, benedyktyni, nazwisk używaliśmy zawsze. A na jednej z kapituł generalnych zapadła decyzja, że wolno zatrzymać również własne imię, byle tylko nie było dwóch zakonników tego samego imienia w jednym klasztorze. I teraz wstępujący do nas, a mający imię, którego aktualnie nie ma nikt inny, może je zatrzymać, jeśli chce. W przeciwnym wypadku opat daje kandydatowi trzy imiona do wyboru.

Kiedy ja wstępowałem do klasztoru, do ostatniej chwili nie było wiadome, jakie imię się dostanie. Ja też nie wiedziałem. (Tylko jeden z braci, już nieżyjący, który miewał takie "jasnowidzenia", powiedział mi - i rzeczywiście takie dostałem.)

Ciekawy był sam obrzęd nadania nowego imienia. Przełożony w okolicznościowym przemówieniu tak układał jego treść, żeby profes domyślił się, jakie dostał imię.

- Ty, mój bracie - zwrócił się do mnie o. Piotr Rostworowski, ówczesny przeor - na świecie zajmowałeś się Pismem Świętym. Ale ja ci nie mogę dać imienia z dzisiejszej ewangelii - a była o apostołach Andrzeju i Janie - bo "Jan" masz już w nazwisku. Wobec tego będziesz miał tego patrona, który ma dla biblistyki ogromne zasługi, a powiedział "Miłuj i czyń, co chcesz".

Szmer poszedł po sali: "Augustyn, Augustyn". I tak się dowiedziałem, że będę Augustynem - wtedy mocno zdziwiony, że mnie to imię spotkało. Ale potem uznałem, że o. Piotr wybrał dla mnie to imię z wielu względów bardzo mądrze. Tylko na dokumentach ściśle urzędowych, zwłaszcza finansowych, muszę nadal pisać imię chrzestne.

Mój chrzestny Patron, św. Bogdan (po łacinie Deusdedit), według Martyrologium Rzymskiego czczony 10 sierpnia, był laikiem dobroczyńcą: to, co przez tydzień rękoma zapracował, w sobotę rozdawał ubogim. Natomiast św. Augustyn przypomina mi o doniosłości łaski.

Jak wytłumaczyć zgromadzenia żeńskie, w których nadawane imiona są takie trochę śmieszne?

To jest właśnie ta tendencja, żeby się nie powtarzać, żeby nie było dwóch osób o tym samym imieniu w jednym klasztorze. Najczęściej są to imiona łacińskie, które u znających ten język nie budzą zdziwienia.

Ale ludzie świeccy, gdy je słyszą, to patrzą niekiedy z zaciekawieniem.

Niech sobie patrzą. Całe życie zakonne jest takim właśnie paradoksem... Podobnie jest z noszeniem habitu. Wydawałoby się, że w tak wielu sytuacjach chyba lepiej ubrać się po cywilnemu. A jednak habit to jest świadectwo - między innymi właśnie tego, że się lekceważy pewne względy ludzkie ze względu na Chrystusa. My, głupi dla Chrystusa (1Kor 4, 10) - jak powiedział o sobie Apostoł Paweł. Zakonnik chce być tym głupim dla Chrystusa. Czemu nie? Byleby dla Chrystusa - a nie głupim z innego powodu.

A czy noszenie habitu to nie jest jakaś zbędna powierzchowność?

Przecież cała tradycja biblijna pokazuje, że szata nie jest tylko ozdobą czy ochroną przed zimnem. Dlaczego w Starym Testamencie Bóg przepisał szczegółowo, jak ma być ubrany na przykład kapłan? Bo szata oznacza wewnętrzną istotę człowieka: to, kim on jest. Dlatego już najstarsza tradycja monastyczna poświadcza używanie stroju, który oznaczał przynależność do Chrystusa i nawet każdą swoją częścią coś symbolizował. A skoro sam Jezus też się trzymał dobrych zwyczajów starotestamentowych -- to dlaczego my mielibyśmy dobre zwyczaje zaniedbywać? Nosił On przecież płaszcz z frędzlami, których się chciała dotknąć chora kobieta. Także w Apokalipsie nosi On szaty, które mają swoje znaczenie (Ap 1, 13).

Czy Ojca nie męczy to, że codziennie trzeba odmawiać brewiarz w tym samym towarzystwie, w tym samym miejscu, o tej samej porze?

Nie. Może dlatego, że psalmy mają niewyczerpane bogactwo. To jest słowo natchnione przez Ducha Świętego. I jeżeli się chce żywo uczestniczyć, to do głowy przychodzą co chwilę nowe skojarzenia, nowa treść. To nie jest mówienie czegoś na pamięć, bezmyślnie. Nie. Dlatego mamy teksty otwarte przed oczyma - tak jakbyśmy to czytali pierwszy raz.

A ludzie to sobie cenią. Pamiętam list pewnej pani profesor po jej wizycie w Tyńcu: Weszłam do pustego kościoła. W chórze kilkunastu mężczyzn odmawiało brewiarz. Nie znam języka, w którym się modlili, ale wiedziałam, że to robią nie dla względów duszpasterskich ani jakichkolwiek propagandowych. Oni po prostu wiedzą, kim są.

Jeżdżąc do sióstr sakramentek w Warszawie parokrotnie byłem świadkiem takiej sceny. Siostry jak zwykle były schowane w chórze i śpiewały psalmy. A do kościoła przychodził robotnik - zapewne po pracy - i zazwyczaj siedział w ławce aż do końca officium. Chyba nic nie rozumiał tej łaciny, ale słyszał śpiew - i to mu wystarczało.

Tak samo do nas ludzie przyjeżdżają - jak mówią - po ciszę i po nasz śpiew! Również z tego powodu codzienne oficjum w tym samym towarzystwie i w tym samym miejscu nie męczy: jesteśmy potrzebni - całemu Kościołowi i naszym gościom.

Była u nas grupa księży z jednego zgromadzenia zakonnego. Zapytałem jednego z nich:

- Nie mieliście swojego kaznodziei ani swojego lokalu, żeby u siebie urządzić rekolekcje?

A on mi mówi:

- O, nie! Myśmy przyjechali specjalnie do Tyńca po to, co tylko Tyniec daje.

Możliwe, że my sobie już nie zdajemy sprawy z uroku ciszy, która szokuje ludzi przychodzących z zewnątrz: nawet śniadanie i kolacja w kompletnym milczeniu robi na nich wrażenie. The Silent Life - to bardzo znamienny, ujmujący istotę rzeczy, tytuł książki Mertona o życiu monastycznym. Żydowski rabin Wygoder ze Stanów Zjednoczonych, będąc tu w Tyńcu, tak się wyraził:

- Tu jest coś z misterium.

Żeby to czuć, widocznie nie trzeba nawet być chrześcijaninem.

No ale przecież ze wszystkim się można otrzaskać! Nawet ze świętościami!

Ale nie tam, gdzie Duch Święty działa. Oczywiście, jeżeli ktoś tu przyszedł tylko szukać wrażeń, to może się "otrzaskać ze świętościami". Ale nie ten, który jest otwarty na wciąż nowe działanie Ducha Świętego.

A umysł się nie domaga jakiejś zmiany?

Nasza stałość jest nawet przez nas ślubowana. Tym się różnią benedyktyni od innych zakonników: innych przenoszą z placówki na placówkę - nas nie. Tam gdzie się złożyło profesję, tam się złoży kości.






Copyright © by Usługi dla Ludzkości (xwa & mb).
Last UpDate: 12.01.2011 [ver.3.1 rb©]
Generation time: 0.23766sek.


Warning: Unknown: open(/var/lib/php5/sess_e7b1d3134f1f671e0b0d8730c4ca7f6b, O_RDWR) failed: No space left on device (28) in Unknown on line 0

Warning: Unknown: Failed to write session data (files). Please verify that the current setting of session.save_path is correct (/var/lib/php5) in Unknown on line 0