takie sobie logo serwisu
Foto i biogram

"Nikt z nas nie żyje dla siebie..."
Strona tytułowa
Przedmowa
Rozdział I
Na Uralu
Powrót do Polski
Wychowanie
"Ćwiczeniówka"
Gimnazjum
Młodzieńcze pasje
"Bezgrzeszne lata"
Początki powołania
Rozdział VII
Rozdział XIII
Spis treści
Bibliografia prac
o. A. Jankowskiego
od 2001 roku
"Nikt z nas nie żyje dla siebie..." Z o. A. Jankowskim rozmawiają..., Kraków 2005.

Rozdział I

Dzieciństwo i lata szkolne

[13]

Ktoś powiedział, że dzieciństwo jest taką wyspą, z której nikt nie jest w stanie nas wypędzić. Czy Ojciec Profesor często wraca myślą do kraju swojego dzieciństwa?

Do przeszłości teraz niezwykle często wracam, ale nie tyle do samego dzieciństwa, ile raczej do lat głównie gimnazjalnych i akademickich.

Na Uralu

Gdzie Ojciec przyszedł na świat?

Urodziłem się 14 września 1916 roku w miejscowości Złatoust w samym środku Uralu. Muszę to od razu wytłumaczyć. Miejscowość ta nosi imię wielkiego świętego - Jana Chryzostoma, bo tamtejsza cerkiew prawosławna była pod jego wezwaniem. Dzisiaj jest to liczące 200 tysięcy mieszkańców duże centrum przemysłu metalurgicznego. I to właśnie była istotna okoliczność, dlaczego się tam urodziłem: mój ojciec był stypendystą państwowym Instytutu Górniczo-Hutniczego w Tomsku i tę pomoc musiał odpracować w tamtejszych zakładach produkujących białą broń - szable. Na pamiątkę od robotników dostał taką szablę ze wspaniale wykonaną rękojeścią.

Czy umiał "robić szabelką"?

Ojciec był wtedy podporucznikiem według jeszcze carskich obliczeń, a potem wstąpił do Piątej Syberyjskiej Dywizji. Osobiście - o ile wiem od jego przyjaciół - nie [14] brał udziału w walkach, natomiast pracował na zapleczu jako metalurg: zbudował pociąg pancerny, którym się posługiwała Piąta Syberyjska Dywizja przed rozbrojeniem.

W 1917 robotnicy mu powiedzieli:

- My do pana nic nie mamy, ale za komunistów nie możemy ręczyć i dlatego pan zrobi lepiej, uciekając.

Jak się potem okazało, mieli rację. GPU szukało ojca, jak to się mówi "ze świecą w dzień". Ale go już nie znaleźli. Ojciec wstąpił do Piątej Syberyjskiej Dywizji, która była pod naczelnym dowództwem Józefa Hallera. Tam bezpośrednio sprawował nad nimi komendę płk Czuma, późniejszy gen. Czuma, dowódca obrony Warszawy we wrześniu 1939.

Jak Ojciec Profesor wspomina swojego tatę?

Mój ojciec był dla mnie bardzo dobry. Nauczył mnie obowiązkowości. Nigdy mnie nie uderzył. Ale nie szczędził mi różnych uwag, przede wszystkim: żebym był bardziej wytrwały, żebym był bardziej dokładny. I te cechy chyba zdołał we mnie wyrobić. Jedynym jego rozczarowaniem było to, że nie chciałem być tak jak on - technikiem. Zupełnie nie miałem do tego pociągu. A ojciec, zdaje się, chętnie by widział, żebym kontynuował w życiu jego kierunek inżynierski.

W jakich stronach Polski miała korzenie Ojca rodzina?

Mój prapradziad Jan Jankowski był skazany na katorgę za udział najprawdopodobniej w Konfederacji Barskiej. Po nim zachowała się do dziś taka piękna pamiątka [15] rodzinna: kiedy już wyszedł z katorgi, to zabrał stamtąd jedno małe ogniwo z kajdan i wprawił sobie do obrączki. Zaślubił się z Polką - także z wygnania - i zamieszkał w Smoleńsku, gdyż nie wolno mu było wrócić do Polski.

Tam, w Smoleńsku, w roku 1880 urodził się ojciec mój, Franciszek Jankowski. Moja mama, Modesta z domu Andrzejewska urodziła się w 1892 w Płytawie na Besarabii, która kiedyś należała do Rzeczypospolitej. Oboje byli ze sobą daleko spokrewnieni. Bo Polacy tam na ogół bardzo uważali na to, z kim zawierają małżeństwa.

Urodziłem się jako drugi syn moich rodziców. Mój starszy brat Arnold żył bardzo krótko. Chorowaliśmy obydwaj na chorobę, która się wtedy nazywała choleryna. On umarł, a ja ocalałem. Tylko na całe życie mi została taka niedomoga jelit, która mimo wszystko pozwoliła mi dożyć prawie dziewięćdziesiątki.

Zostałem ochrzczony 1 października 1916 przez ks. Stefana Grodzickiego, który był naszym dalekim krewnym. Był tam kościół katolicki, wzniesiony przez Polaków obsługujących kolej transsyberyjską. Kościół ten był pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła, podobnie jak nasz, tyniecki.

Ojciec dostał się do niewoli wraz z całą Piątą Syberyjską Dywizją. Przez ten czas nasza rodzina, ta reszta: mama, moja babcia (a jej matka), Waleria Andrzejewska, i moja chrzestna matka (kuzynka mojej mamy), Teodora Andrzejewska - wszyscyśmy na zapleczu tej armii najpierw szukali mieszkań, a kiedy ojciec został uwięziony, tośmy osiedli kolejno w Krasnojarsku i Omsku, czekając na to, co będzie. Nadszedł Traktat Ryski, wymiana jeńców - i mój ojciec został wymieniony (razem z całą [16] rodziną oczywiście) jako ten, który może wracać do Polski w zamian za kogoś internowanego podczas inwazji bolszewickiej.

Mama - jaką była kobietą?

Była niezwykle dobra. Tak samo nigdy mnie nie uderzyła, czasem tylko klapsa dostałem. Wychowywała mnie, z czasem tak można by powiedzieć, po koleżeńsku. Byłem wtajemniczany w bardzo wiele rzeczy i dzięki temu w tym trudnym okresie dojrzewania, kiedy akurat siłą rzeczy byłem pozbawiony ojca (on otrzymał pracę poza miejscem naszego zamieszkania), na tym "koleżeństwie" chyba bardzo dobrze wyszedłem. Mama miała na tyle pokory, że się na przykład u mnie uczyła łaciny. To chyba typowy przykład koleżeństwa?

Czy zachował Ojciec jakieś wspomnienia z czasu pobytu w Rosji?

Z tamtego okresu mam w pamięci zaledwie kilka klisz. Doskonale pamiętam Chińczyków dokładnie ogolonych z długim warkoczem. Sprzedawali prześliczne, jak mnie się wtedy zdawało, dziecinne zabawki. Jak dziś pamiętam jedną z nich: była to pigułeczka płaska, wielokolorowa, taki krążek. Rzucało się go na spodek z wodą, a wtedy rozwijał się on w obrazek: pamiętam jabłonkę okrytą owocami. Strasznie mi się to podobało.

Inne wspomnienia? Pamiętam żołnierza bolszewika, który mnie raz karabinem nastraszył, ot, tak sobie. Pełnił wartę, czyli siedział na schodach przed jakimś domem i trzymał karabin na kolanach. Gdy przechodziłem [17] obok, poderwał się i zaczął we mnie celować. Uciekałem wtedy niesłychanie prędko.

Mówili mi moi najbliżsi, a czego ja już nie pamiętam, że bardzo lubiłem chodzić do jurt Baszkirów, którzy mieszkali w tamtych okolicach. Jedno sobie zapamiętałem, mianowicie, bardzo mi się spodobała taka narodowa czapka tamtejszych Baszkirów tzw. tiubitejka. To rodzaj takiej wyszywanej piuski. I miałem ją długie lata po powrocie do kraju, a potem... się zamieniła na czarną piuskę opata tynieckiego.

Ma Ojciec ją do dzisiaj?

Niestety, gdzieś się zapodziała. Następnie bardzo lubiłem od dziecka mieć skórzany pas na sobie. Po wielu latach znowu się to zrealizowało. I dzisiaj mam go tak samo.

Początki edukacji?

To było w Krasnojarsku. Naprzeciw naszego mieszkania był taki ceglany, ogromny budynek i na nim złotymi literami - oczywiście po rosyjsku - widniał napis: "Żenskaja Gimnazja". Zacząłem się uczyć tamtego języka. W ogóle od początku byłem bilinguis, mówiłem dwoma językami: z niańką się mówiło po rosyjsku i z kolegami tak samo, a w domu nie wolno było inaczej, jak tylko po polsku. Ojciec tego bardzo dokładnie pilnował. Kiedyśmy wracali, nakazał:

- Żebyś mi się w Polsce ani razu po rosyjsku nie odezwał.

Wykonałem to. Czasem jednak wyrywało mi się:

- U nas, na Uralu...

[18] Ten język przydał się Ojcu jeszcze w życiu?

Tak, ale dopiero pod koniec II wojny. Tymczasem jako dziecko czytać prawie nie umiałem, a mówiłem podobno biegle narzeczem syberyjskim, które się różni od wielkoruskiego zapasem dawnych słów. Przyjaciół miałem spośród małych Rosjan dużo, ale ciekawe, że zapamiętałem sobie nie Rosjanina, tylko małego Łotysza, który się nazywał Oskar Jurené - zdrobniale "Osia". Jego rysów bym sobie dzisiaj nie przypomniał, ale wiem, żeśmy się dobrze rozumieli.



Powrót do Polski

Jak wyglądał wasz powrót do Polski?

Po wymianie jeńców wróciliśmy do kraju z ogromną ilością Polaków eszelonami bydlęcymi i z tego czasu pamiętam parę szczegółów.

Jedyne witaminy, jakie były wtedy dla mnie dostępne, to cebula i marchew. Długo czekałem, żeby zobaczyć pierwsze jabłko, a pierwszą pomarańczę to chyba widziałem mając dopiero około dziesięciu lat.

Pamiętam taką scenę, jak pewien młodzieniec chciał się umyć, wychylając się z jadącego pociągu przez całkowicie otwarte drzwi. Bardzo blisko była jakaś latarnia czy semafor i on się o to uderzył - miał zakrwawioną całą twarz.

Kiedyśmy przekraczali w Stołpcach granicę polsko-rosyjską - to był listopad 1921 roku - wtedy odśpiewałem bardzo fałszywie, jak mi ojciec mówił, Jeszcze Polska nie zginęła. Od razu po przekroczeniu granicy wszystkich nas jadących tym eszelonem skierowano do Dęblina, a zaraz potem do miejscowości Irena pod Dęblinem, gdzie był obowiązkowy obóz kwarantanny, bo wtedy pośród wracających grasował tyfus plamisty.

Kiedyśmy się znaleźli w Dęblinie, wszedł ktoś i powiedział:

- Prosimy na obiad.

Weszliśmy do wielkiej świetlicy, na ścianie wisiał portret Piłsudskiego i pachniał krupnik. Wtedy był to dla mnie szczyt wszelkiego przysmaku, bo czegoś podobnego nie jedliśmy przedtem długie miesiące.

Czy Ojciec był kiedyś głodny?

Bywałem głodny dopiero w późniejszych czasach: jako kleryk seminarium i jako ksiądz-student w Rzymie. Niczyjej winy w tym nie było. Klerykiem seminarium byłem za okupacji niemieckiej i mama nie zawsze mogła zaradzić niedostatkom stołu seminaryjnego, który wtedy był bardzo skromny.

A w Rzymie byłem głodny wtedy, gdy pojechałem tam na studia już jako ksiądz: nasz episkopat nie mógł nam w żaden sposób dostarczyć pieniędzy z powodu ograniczeń dewizowych, a myśmy się żywili tylko tym, co zostawił tzw. rzut likwidacyjny Drugiego Korpusu Andersa. Nasz jadłospis był niezwykle uproszczony. Gdyby nie to, że można było czasem sobie kupić jakiś tamtejszy egzotyczny owoc, stosunkowo niedrogi, to by rzeczywiście bywało raz po raz trudno. Dopiero potem sytuacja trochę się naprawiła: po raz pierwszy zjawił się kardynał Hlond i wtedy dostałem od niego sumę jak na owe czasy zawrotną, sto dolarów, które mi pozwoliły dotrwać do końca bez wycieńczenia organizmu.

Jakim Ojciec był chłopcem? Chętnym do psikusów?

Byłem chyba taki jak inni, z tym że psot nie pamiętam. Tak samo nie pamiętam chodzenia na kradzione jabłka. A natomiast co do zabaw z rówieśnikami - to tak, były całkiem zwyczajne.

Pokusy kradzieży? Pamiętam, ale to raczej z opowiadań innych, że podczas powrotu do Polski, kiedyśmy stali - a przestoje tego pociągu były bardzo długie - to powiedziałem do mojej cioci:

- A może buchniemy to drewno i żeby zapalić w piecu? - Tam w wagonach były tak zwane ciepłuszki, małe żelazne piecyki, dające bardzo mało ciepła.

Na to żołnierz, wartownik, który to słyszał, uśmiechnął się i powiedział:

- To buchnij dziecko, buchnij sobie.

To jedyna forma zachęty do kradzieży, jaką pamiętam.

Wychowanie

Pojawia się ciocia, któryś raz z kolei...

To była moja chrzestna matka, której zawdzięczam prawie tyle, co mojej rodzonej matce. Z zawodu była prywatną nauczycielką i wobec mnie tę rolę nauczycielki od początku wypełniała doskonale. Miałem najwyżej cztery lata, kiedy mnie zaczęła uczyć czytać i pisać po polsku. Pierwsze słowo, jakie napisałem wtedy samodzielnie, było odpowiednie jak na przyszłego biblistę: Noe.

A były jakieś lektury, te takie dziecięce?

Jeszcze jak nie umiałem dobrze czytać, moja ciocia czytywała mi z tak zwanej "Biblioteki Francuskiej" nie mającą nic wspólnego z marksizmem "Bibliotekę Czerwoną". To były książki dla dzieci jednakowo oprawne, różnych dobrych autorów, na najrozmaitsze tematy. Ona miała tekst francuski przed oczyma, a czytała mi od razu po polsku. To była jedna z moich najbardziej ulubionych lektur. Poza tym od cioci stale wyciągałem wiadomości na temat rozwoju kultury. Musiała mi opowiadać, jak człowiek powoli dochodził do tego, że ma dzisiaj taki, a nie inny stopień cywilizacji. To był mój najbardziej ulubiony temat do lat pięciu.

Ojca zainteresowanie liturgią...?

Pamiętam jedynie, że miałem wtedy - jeszcze w Rosji - większe zamiłowanie do kultu prawosławnego, niż do katolickiego. Zapewne z tej przyczyny, że w prawosławnym było więcej rozmaitości. Kazałem niańce nosić pogrzebacz - prawdopodobnie w roli krzyża procesyjnego - a sam miałem pudełko od zapałek na sznurku, którym kadziłem, co było naśladowaniem popów, a nie księży katolickich.

Natomiast pamiętam drugi taki szczegół: dostałem się jakoś przypadkiem na pogrzeb prawosławny i wtedy zobaczyłem coś, czego potem w życiu już nigdy nie widziałem: dzwonnik dzwonił na kałakolni, ciągnąc sznury obiema rękami i obiema nogami jednocześnie. To sobie zapamiętałem jako niesłychany majstersztyk.

... teatrem?

Kiedyśmy przekroczyli granicę polską, podczas pobytu w Irenie zapamiętałem taki szczegół: miejscowa grupa domorosłych artystów wystawiała jakąś sztukę teatralną. I widziałem, jak za kulisami jeden z młodzieńców charakteryzował się na Indianina. To wtedy na mnie zrobiło niesłychane wrażenie, jak można siebie tak zmienić, odpowiednio szminkując.

Czy Ojciec miał jakieś większe pokusy teatralne?

Miałem dosłownie tylko dwa "występki" teatralne w wieku chyba 9 lat - to już było w Toruniu. Była to impreza uspołeczniona pod hasłem: "Dzieci dla dzieci" - pod protektoratem wysokich osobistości toruńskich. Nasi nauczyciele zorganizowali w szkole teatrzyk, a jego występ odbył się na prawdziwej scenie w Teatrze Miejskim w Toruniu.

Dlatego nazywam to "występkami", bo w wierszu Konopnickiej o Janku Pawlikowskim pomyliłem się - to było solo. A potem kiedy odgrywaliśmy Wesele kwiatów, grałem dzwonka: miałem na głowie odwrócony do góry nogami fioletowy kielich dzwonka, z papieru, z bibułki... I też na samym wstępie się pomyliłem. Ale ciekawe, że nie przejąłem się tym specjalnie, ani jednym, ani drugim - te dwie klęski nie odstraszyły mnie od bywania w teatrze.

Już potem nie próbowałem grywać, ale mój ojciec dbał o to - i to jest jego wielka zasługa - żebym chodził z nim na opery.

Chodził Ojciec do teatru w czasach szkolnych? Przypomina sobie Ojciec może jakieś inscenizacje, które zrobiły szczególne wrażenie?

Byłem na Mazepie Słowackiego - ten spektakl doskonale pamiętam. A grał wtedy chyba sam Juliusz Osterwa. Byłem także na Wieczorze Trzech Króli Szekspira - zrobił na mnie niezapomniane wrażenie.

Poza tym chodziłem z ojcem do tego samego teatru właśnie na opery. Ojciec mnie chętnie zabierał ze sobą. Tak że ja doskonale pamiętam Aidę, Carmen, Cyrulika sewilskiego, Straszny Dwór, Halkę.

Jak opera trafiała we wrażliwość chłopca?

Podobało mi się w tym sensie, że byłem przejęty. Jako dziecko nie byłem ani trochę krytyczny. Po wielu latach widziałem bardzo dowcipną niemiecką karykaturę objaśniającą, co to jest opera: balkon, na balkonie ubrana w sposób średniowieczny dama, wychyla się. Na dole rycerz z rozpostartymi rękoma, a na dalszym planie rycerze jednakowo oparci na tarczach z krzyżem. I ona śpiewa:

- O, rette mich! (Ratuj mnie!)

On śpiewa do niej na dole:

- Ich rette dich! (Ratuję cię!)

A tamci w tle:

- Rettung! Rettung! Rettung! (Ratunku!...)

Celnie ujęte! Ale do tego stopnia krytycyzmu wtedy jeszcze nie doszedłem - że to są przecież fikcje.

A wracając do mojej edukacji muzycznej: mój ojciec był muzykalny, mama też grała, a ja to prawie całkowicie zlekceważyłem. I to był mój błąd. Nauczyłem się tylko tyle, że potem w Rzymie w Instytucie Polskim byłem jedynym spośród księży, który umiał zagrać na fisharmonii O salutaris Hostia albo Tantum ergo, żeby razem z siostrami zaśpiewać na nabożeństwie. Cała moja wiedza muzyczna na tym się kończyła. Żałuję dzisiaj, to był błąd z mojej strony, przydałoby się więcej. Ale za to przynajmniej zostało mi zamiłowanie do muzyki klasycznej. W każdym razie muzyka to jeden z takich talentów niewyzyskanych w moim życiu.

A tu w Tyńcu?

Nie, tutaj w Tyńcu z muzyki został mi prawie tylko śpiew gregoriański. Na szczęście jeszcze w nim mogę brać udział. Natomiast wracając jeszcze do Torunia...

...z tej Ireny, tak?

Tak. Ojciec dostał pracę. Z tej Ireny, ściśle: z Dęblina przejechaliśmy do Torunia. Ojciec wtedy był już kapitanem i dostał pracę w zakładach amunicyjnych pod Toruniem. Mieszkanie mieliśmy duże, trzypokojowe. Mieszkaliśmy wszyscy: babcia, ciocia, mama i ojciec, na tak zwanym Bydgoskim Przedmieściu.

Tam też zacząłem chodzić do szkoły - do "ćwiczeniówki" przy Żeńskim Seminarium Nauczycielskim. Byłem więc wychowywany prawie wyłącznie przez kobiety. Z tego czasu pamiętam tylko jednego nauczyciela - księdza. A tak, całe otoczenie było damskie. I w domu tak samo - trzy panie.

Czy, zdaniem Ojca, miało to jakiś wpływ na...?

Miało, na pewno miało. Byłbym na pewno bardziej kanciasty i nieprzyjemny jako chłopiec, niż nim byłem faktycznie. Te wszystkie panie i ta ich łagodność miały na mnie wpływ ogromny.



"Ćwiczeniówka"

Czy pamięta Ojciec swój pierwszy dzień w szkole?

Pierwszy dzień przepłakałem.

Dlaczego?

A no bo byłem z dala od mamy. Było mi smutno: nikogo nie znam, a mamy nie ma. Przepłakałem cały ranek.

A to już było w tej szkole w Toruniu?

Tak, w tej właśnie Szkole Ćwiczeń. Jej pełna nazwa brzmiała: Szkoła Ćwiczeń przy Państwowym Seminarium Nauczycielskim Żeńskim. O dziwo, same panny się nad nami tam "pastwiły", czyli te uczennice Seminarium. One nie były naszymi nauczycielkami, bo nauczycielkami były panie - a te uczennice były naszymi opiekunkami.

A mógłby Ojciec powiedzieć dwa słowa o lekcjach, o przedmiotach: jakie wówczas były?

Wszystkie.

Ale na co wtedy kładli nacisk?

Nie umiałbym odpowiedzieć, czy był wtedy jakikolwiek nacisk. Ćwiczeniówka miała bardzo dobry zestaw nauczycieli, bo przecież często były na lekcjach, siedziały z tyłu i słuchały te uczennice Seminarium. Więc to wszystko musiało być "na medal". Tylko że dziecko wtedy takich rzeczy nie wartościuje, dlatego nie umiałbym dziś powiedzieć, na co kładli nacisk.

Spośród nauczycielek nie lubiliśmy wszyscy pani od robót ręcznych - to dzisiaj się chyba inaczej nazywa - bo była ona dla nas bardzo surowa, często ironiczna, czego myśmy nie znosili. I ja też.

Ile lat trwała wtedy szkoła podstawowa?

Dla mnie tylko trzy, ponieważ się dostałem od razu do drugiej klasy: nauczyciele uznali, że umiem wystarczająco dużo. Przypuszczam, że to zasługa mojej chrzestnej matki i ciotki, nauczycielki z zawodu.

Ojciec nie był w pierwszej klasie?!

Nie, w pierwszej nie byłem nigdy. Byłem tylko w drugiej, trzeciej i w czwartej. Pierwszą Komunię Świętą przyjąłem jeszcze jako uczeń "ćwiczeniówki" 13 czerwca 1926, a już na jesieni byłem uczniem gimnazjum.

Pierwszej Komunii Świętej udzielił mi ks. Alojzy Karczyński. Z tego dnia zostało mi bardzo ciekawe wspomnienie. Dostałem śliczną książeczkę, taką maleńką, białą - dar wspaniały. Ledwie tylko otrzymałem Komunię Świętą, zaraz otworzyłem książeczkę i chciałem czytać z niej modlitwy. Tymczasem z tyłu czyjaś damska ręka sięga i tę książeczkę mi zabiera. To właśnie jedna z tych wychowawczyń, opiekunek ze Szkoły Ćwiczeń. Wiele mnie przez to nauczyła: że ważniejsza jest osobista rozmowa z Panem Jezusem. Dziś już wiem, ile tej ręce zawdzięczam. (Oczywiście, później książeczkę dostałem z powrotem.)

Pierwsza Komunia. To była bardzo dla mnie ważna chwila. Dopiero jak wróciłem do domu, kiedy usiadłem, byłem przez chwilę zupełnie ogłupiały. Dopiero wtedy zaczęło się jakieś głębsze przeżycie tego, co się wydarzyło.



Gimnazjum

Pierwszy dzień w gimnazjum?

To był wrzesień 1926. Wychowawca naszej klasy ciągle się mylił co do mojego imienia. Zapytał mnie ze trzy razy co najmniej, czy mam imię Rodan. Nie wiem, skąd mu się takie imię wzięło. Pytał, bo musiał mieć jakoś niewyraźnie napisane. Jeszcze wtedy maszyn do pisania nie używano powszechnie i widocznie nie mógł on przeczytać odręcznego pisma.

Gimnazjum Mikołaja Kopernika, które potem otrzymało tytuł "Akademickiego" Gimnazjum Mikołaja Kopernika. Wymyślał tę nazwę mój młodszy kolega, późniejszy profesor Uniwersytetu Toruńskiego, Zbigniew Zdrójkowski. Rzeczywiście tytuł Gimnazjum "Akademickiego" oddawał jego wysoki poziom w porównaniu z innymi.

Powstało ono w XVI wieku, w dobie humanizmu. Burmistrzem Torunia był zasłużony Niemiec, Henryk Strohband. Jego popiersie widniało u nas w Auli Wielkiej. Podobno on pierwszy jakoś "akademizował" tę szkołę, do czego potem nawiązali Niemcy w czasach zaborów. Ale za moich czasów nie używano tej nazwy.

Ile godzin dziennie trwały lekcje w szkole?

Pięć lub sześć, zwłaszcza gdy była gimnastyka, a potem Przysposobienie Wojskowe, czyli Hufiec Szkolny. Po południu bywały tylko takie zajęcia jak śpiew, a czasem były zebrania najrozmaitszych kółek.

Czy dużo czasu trzeba było spędzać w domu nad książkami?

Miałem taki zwyczaj, że zaraz po szkole jeszcze raz powtarzałem sobie to, czego się dowiedziałem na lekcjach. Dużo siedziałem przy biurku. Ale nie zawsze były to książki - czasem tylko zeszyty. Na przykład nigdy nie miałem podręcznika do fizyki ani do matematyki, chociaż były przewidziane. Trzeba było mieć taki gruby specjalny zeszyt i powoli do niego zapisywać to, co profesorowie dyktowali, a potem sprawdzali, czy zostało zapisane poprawnie. W ogóle można było nie mieć podręczników - ten zeszyt z notatkami wystarczał - do matematyki, fizyki i chemii (wtedy w typie humanistycznym i klasycznym chemia była razem z fizyką ).

Czy trzeba się było dużo uczyć na pamięć?

O, tak! Bardzo dużo! Przecież ja do dziś dnia mogę zacytować całą Alpuharę Mickiewicza:

Już w gruzach leżą Maurów posady,
Naród ich dźwiga żelaza,
Bronią się jeszcze twierdze Grenady,
Ale w Grenadzie zaraza.

cały Koncert Wojskiego z Pana Tadeusza:

Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty
Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty
Jak wąż boa, itd.

Do dziś dnia pamiętam Inwokację z Pana Tadeusza:

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Itd.

To są właśnie owoce systemu, który wtedy obowiązywał. To już było oczywiście w szkole średniej. Bo w "ćwiczeniówce" na pamięć nie uczyliśmy się niczego. Poza pacierzem, czego bardzo pilnował ksiądz katecheta.

Ulubione lektury w latach gimnazjalnych?

Przede wszystkim były to książki Karola Maya, niemieckiego autora, opisującego pełen przygód świat Indian. To była najmilsza lektura. A potem zagustowałem w powieściach Waltera Scotta. Mnie zawsze się podobały książki historyczne, gdzie były opisywane dzieje starożytne i średniowieczne. Bardzo wcześnie poznałem mitologię grecką, bo wtedy można było dostać książki z tą tematyką na poziomie szkolnym.

Z jaką umiejętnością posługiwania się językami obcymi odchodził ze szkoły gimnazjalista?

Mógł poprawnie przeczytać, mógł opowiedzieć to, co przeczytał, no i prowadzić mniej więcej proste rozmówki. Natomiast ja opanowałem francuski biegle dzięki temu, że rodowita Francuzka dawała mi korepetycje. Ukończyłem szkołę ze znajomością taką, że już mogłem biegle mówić po francusku. I to mi się przydało po latach na Komisji Biblijnej. Jeszcze w czasie studiów rzymskich nauczyłem się włoskiego i te dwa języki zupełnie na Komisji wystarczały - francuski i włoski.

Na młodym człowieku odciskają się osobowości pedagogów. Czy Ojciec pamięta swoich nauczycieli?

O, świetnie! Ale te nazwiska dziś już nikomu nic nie powiedzą... Pierwszym był Józef Łangowski, Kaszub z pochodzenia, taki stary profesor, ten, który ciągle mnie mylił - moje imię. Był Kazimierz Suwała, matematyk, później również wychowawca. Józef Zagórski, fizyk - nasz wychowawca przez długie lata. Była taka Rosjanka z pochodzenia, ale uczyła nas francuskiego, Tamara Lalinówna. Była pani Agata Bieszk. Potem tak zwana "dobra pani" - Anna Greffnerowa, łacinniczka, z którą do niedawna korespondowałem. To była ostatnia nauczycielka, która tamto wszystko przeżyła. Żona majora. Następnie był łacinnik, taki trochę sceptyk, Ludwik Gałuszka - bardzo wiele jego wypowiedzi dzisiaj mi się przypomina. Nasze młodzieńcze oceny rzeczywistości kwitował bardzo nas wówczas denerwującym zdaniem:

- Iii..., zdaje ci się.

Jedna z jego córek była potem zaangażowana w zakonie honorackim jako dyrektorka szkoły.

Z nich większość zginęła - zostali przez Niemców zamordowani, bo wszystkich ich od razu aresztowano. Na północy Torunia był taki fort i tam ich rozstrzelano. Prawie wszystkich. W tej liczbie nawet tych, którzy byli zatrudnieni w gimnazjum z językiem wykładowym niemieckim, które działało wtedy obok naszego gimnazjum z racji początkowo ogromnej ilości Niemców, którzy nie wyemigrowali. Niestety, dwaj czy trzej z moich profesorów zostali volksdeutschami. Jeden sobie nawet napisał "von" przed nazwiskiem z racji polskiego szlachectwa. Z Wadowic pochodził inny, który został volksdeutschem z racji żony Niemki. Trzeci miał nazwisko typowo niemieckie. Wspominając moich wszystkich profesorów - z wyjątkiem tych trzech - mógłbym na ich cześć głosić tylko pochwały.



Młodzieńcze pasje

Jakie były Ojca pasje tamtego czasu?

Pierwszym moim marzeniem było zostać malarzem. Pojawiło się to już w Toruniu. Wiem, że lubiłem rysować węglem, a potem próbowałem akwareli. Miałem wtedy wysokie przekonanie o tym swoim talencie i bardzo nie lubiłem, jak ktoś krytykował moje "obrazy". Nauczyłem się wtedy - pamiętam - słowa "wiekopomny" i powiedziałem sobie: "Ja muszę stworzyć wiekopomne dzieło". No, skończyło się na dwóch czy trzech obrazkach i potem już zostało tylko zamiłowanie do kopiowania piórkiem. To przetrwało u mnie aż do lat akademickich. Potem przyszły rzeczy ważniejsze.

Prawdopodobnie imię szkoły Mikołaja Kopernika wpłynęło na to, że po pierwszym moim zamiłowaniu, po malarstwie, była astronomia. Już nie wiem, od kogo dostałem lunetę, taką rozciąganą. To była archaiczna luneta morska - a ja patrzyłem nią w niebo. Wiele ona nie dawała, jedynie trochę powiększała gwiazdy. Ojciec natomiast zrobił mi śliczną mapę nieba, opartą na wzorach niemieckich, taką ruchomą, że można było zależnie od pory roku widzieć różne konstelacje. Mnóstwo gwiazdozbiorów umiałem na pamięć. I do dziś dnia wiem, gdzie jest na przykład Orion i umiem go pokazać. Wtedy uczyłem się tych nazw, mając naiwne przekonanie, iż gwiazdy jakoś się tak trzymają między sobą, a dopiero po latach dowiedziałem się, że one się wcale między sobą nie łączą, a to tylko ludzie je połączyli w konstelacje.

Interesował się może Ojciec przepowiadaniem przyszłości z gwiazd, astrologią?

Nie, nie! Astrologicznych zamiłowań nigdy nie miałem i dzisiaj się śmieję, ile razy widzę w gazetach te różne horoskopy. Chociaż przed kilku laty przeczytałem swoistą apologię horoskopów poznańskiego autora, opartą na astrofizyce i socjologii.

Następną moją pasją była geografia. Po geografii trochę chciałem być historykiem, ale i to było bardzo przelotne. Potem - chemikiem. To są wszystko wpływy albo profesorów, albo bliskich ludzi.

Gdy chodzi o chemię, to przyjacielem naszej rodziny był dr Stefan Namysłowski, któremu bardzo wiele w życiu zawdzięczam w zakresie formowania mojego charakteru w czasie przełomowym, rozwojowym. W ślad za dr. Namysłowskim postanowiłem zostać chemikiem. Nakupiłem sobie za moje oszczędności retort szklanych, kolb, probówek. Tłukło mi się to. Miałem specjalną, taką niewielką szafkę, w której trzymałem te wszystkie skarby i dość długie lata byłem przekonany, że ja muszę być chemikiem.



"Bezgrzeszne lata"



Figle szkolne, ściąganie, podpowiadanie, wagary?

Na wagarach nie byłem ani razu. Ściągać - nie ściągałem. Dopiero na maturze w bibule złożonej podwójnie miałem schowane wzory matematyczne. Jedynie przypomniałem sobie, upewniłem się, jak wygląda pewien wzór z geometrii wykreślnej. Ale tego już dokładnie nie pamiętam. Przykrych rzeczy się nie pamięta.

A zagadywanie profesorów, żeby temat uciekł...?

To było stale, a nazywało się: "Przegadać lekcję". Wprawdzie nie należałem do grona inicjatorów, ale bardzo lubiłem, jak to miało miejsce. Zaczynali inni:

- Panie profesorze! Tutaj jest taka kwestia...

No i wielu dawało się na to nabrać. Jeden profesor mówił:

- Siadaj! Nie gadaj nic!

Inny dał się wciągnąć i zdarzało się, że były przegadywane nawet całe lekcje.

Figiel zbiorowy, którego byłem tylko widzem, to było wyjęcie przednich desek z katedry przed lekcją francuskiego. Trochę leciwa panna Lalinówna zorientowała się od razu i kazała deski wstawić. W konkluzji jeden z kolegów powiedział głośno:

- Nasz wspaniały kawał się nie udał!

Jaki był standardowy rozkład dnia gimnazjalisty lat dwudziestych i trzydziestych? O której się zwykle wstawało? Śniadanie, obiad, kolacja?

Takich rzeczy już dokładnie nie pamiętam. Musiałem iść jakieś dwadzieścia parę minut do szkoły. Nigdy nie jeździłem tramwajem, tylko szedłem piechotą. Lekcje się zaczynały normalnie o ósmej, kończyły się przed pierwszą. Na pierwszą z minutami byłem w domu: razem z rodzicami (póki ojciec mieszkał z nami w Toruniu) jadłem obiad. I potem już nie miałem innych zajęć - poza tymi różnymi zbiórkami, na przykład Sodalicji, ale tego nie było za wiele. Może raz, dwa razy w miesiącu.

Ojciec należał do jakichś organizacji pozaszkolnych, kół zainteresowań?

Dużo tego było. Należałem kolejno najpierw do Krucjaty Eucharystycznej, a potem do Sodalicji Mariańskiej. Sodalicję przeszedłem według trzech prawidłowych wtedy stopni: aspirant, kandydat, sodalis. Ślubowanie sodalicyjne złożyłem 8 grudnia 1931 roku. I to mnie przeprowadziło na szczęście do Sodalicji Akademików: mimo obaw moich znajomych, że na filozofii utracę wiarę, nie utraciłem jej, bo miałem dobre oparcie w Sodalicji akademickiej. Potem po latach byłem nawet jej prefektem.

A poza tym wtedy była moda na taką reżimową organizację, która się modnie nazywała Straż Przednia. To był rodzaj młodzieżówki późniejszego BBWR. Ponieważ mój ojciec był oficerem, więc i mnie wtedy wypadało być po stronie reżimu. Ojciec mój zresztą był z przekonania piłsudczykiem. Dopiero potem, na studiach akademickich, moi koledzy nauczyli mnie być opozycjonistą wobec Piłsudskiego. Ale wcześniej należałem do tej Straży Przedniej. Niczego w niej nie zdziałałem - tylko tyle, że należałem. Nosiłem podczas zebrań czerwoną opaskę, na której był przyszyty orzeł państwowy.

Brałem też udział w pracach redakcyjnych pisemka szkolnego Nasze Prace. Wychodziło ono mniej więcej co kwartał. Tam wprawialiśmy się jako publicyści. Miałem już w tym czasie na swoim koncie parę próbek niewielkich artykułów.

Na jakie tematy?

Na przykład pochwała Przysposobienia Wojskowego. Muszę powiedzieć, że przysposobienie, tak jak ono było tam prowadzone, na ogół dobrze wspominam. Ci oficerowie, sierżanci, plutonowi - to byli ludzie na poziomie. Dopiero zraził mnie wybitnie lekarz, który miał uświadamiające pogadanki z zakresu seksuologii. Były one przygotowane fatalnie, to było aż rażące. Ale to jedyne przykre wspomnienie, jakie mam z PW. Poza tym było robione naprawdę dobrze.

A do harcerstwa Ojciec należał?

Harcerzem byłem takim "na niby" i zresztą bardzo krótko. "Na niby", bo ja do żadnej oficjalnej drużyny nie należałem, ale prosiłem, żeby mi mama sprawiła mundurek, bo mi się to bardzo podobało. Miałem na naramiennikach dwójkę, ale nigdy takiej drużyny "dwa" nie było.

Natomiast potem bardzo chętnie chodziłem w mundurze PW i wszystkie możliwe odznaki miałem na nim poprzypinane: odznakę strzelecką, odznakę państwową (tak zwany POS, Państwowa Odznaka Sportowa), następnie miałem jeszcze na nim przyszyty trójkąt za pełny kurs z obozem na końcu.

Lubił Ojciec strzelać?

A jakże! Ale tylko do tarczy - do ptaszków nigdy. Nawet miałem niezłe wyniki. Nie były wybitne, ale zarobiłem tyle, co trzeba, żeby dostać Państwową Odznakę Strzelecką. Tak celnie strzelałem może dlatego, że miałem na własność wiatrówkę - zafundował mi ją jeden z moich wujów. Chętnie strzelałem.

Najbardziej przykre przeżycia z czasów szkolnych?

Pamiętam pewien skandal: klasa "postawiła się" profesorowi. Siódma klasa, czyli przedostatnia przed maturą. To było tak. Przyszedł taki bardzo młody profesor historii, który chciał pokazać, że on wszystko może. Zarządził on klasówkę, w której wszyscy dostali niedostatecznie. I wtedy ja niechcący byłem prowokatorem. Wstałem i zapytałem:

- Panie profesorze, a co ja dostałem za stopień?

- Niedostatecznie.

- Ale ja nie pisałem. W ogóle nie było mnie tego dnia w szkole.

Któryś z kolegów wstał i powiedział:

- Panie profesorze, oceny nie odpowiadają stanowi rzeczy.

W odpowiedzi usłyszał:

- Wyjdź za drzwi!

On wyszedł za drzwi. A profesor stracił zupełnie w naszych oczach...Wójt klasy wstaje i powiada:

- Panie profesorze, proszę go przywołać: on jest niewinny. Bo inaczej wyjdziemy wszyscy.

- Proszę bardzo!

I wszyscyśmy wyszli. Profesor zaraz pobiegł do dyrektora i sprowadził go. Dyrektor wymachiwał rękoma, udawał zagniewanego. Ale kiedyś potem powiedział mojej matce:

- Przecież oni mieli rację.

Profesor został prędko przeniesiony.

Inne przykre wydarzenie miało miejsce w klasie maturalnej. Zdarzyło się, że jednemu z kolegów ktoś wyrwał z zeszytu kartki z jego wypracowaniami, a na pozostałych kartkach powypisywał wyzwiska, w tej liczbie "parobek Piłsudskiego" i "heretyk". Ów poszkodowany kolega był ewangelikiem. Zeszytem zajął się grafolog. Okazało się, że charakter pisma w tych wyzwiskach był najbardziej zbliżony do mojego. Wychowawca klasy wziął mnie na rozmowę, powiedział o diagnozie grafologa i dodał - jakby zachęcając do przyznania się, że rozumie mnie, sodalisa, że nie lubię ewangelika. Odparłem:

- Ja tego nie napisałem, a wyzwisko "parobek Piłsudskiego" nie pasuje do mnie jako do autora, gdyż jestem członkiem Straży Przedniej.

Profesor milczał, czekając. Przerwałem mu:

- Czy panu profesorowi nie wystarcza słowo ucznia, którego dotąd nie przyłapano na kłamstwie?

Ku memu zdziwieniu profesor podniósł się z miejsca i podając mi rękę, powiedział, jak się nigdy w szkole nie zdarzyło:

- Wierzę panu.

Początki powołania

Sylwetki katechetów?

Wszyscy trzej katecheci byli na poziomie i wszyscy trzej zostali potem męczennikami jako rozstrzelani przez Niemców po ich wkroczeniu w 1939 roku. Byli to: ks. Stanisław Główczewski, ks. Stanisław Szarafiński i ks. Brunon Szymański.

Ostatni miał na mnie duży wpływ, ale był bardzo trzeźwy co do mego powołania. Na przykład powstrzymywał mnie od prędkiego pójścia do seminarium:

- Dobrze, ale poczekaj. - On był trochę po stronie moich rodziców pod tym względem - żebyś nie był - tak się wyraził kiedyś w jednej z rozmów - półmroczną postacią.

Tak to nazwał: półmroczna postać. No i tak Pan Bóg sprawił, że nie półmroczna - że wiedziałem, czego chcę. A pięć lat czekałem na wstąpienie do seminarium - pełne pięć lat. Chociaż chciałem iść zaraz po maturze...

Opowiadał Ojciec kiedyś taką przygodę, że był ministrantem i mszał upuścił...

To było jeszcze w "ćwiczeniówce". Już wtedy zacząłem być ministrantem. I po prostu nie tyle upuściłem, ile uderzyłem... Mszał przenosiło się wtedy dwa razy podczas Mszy z jednej strony ołtarza na drugą. Dzisiaj tego obrzędu już nie ma. I wtedy, kiedy nie mogłem trafić, uderzyłem pulpitem i wskutek tego mojego uderzenia mszał spadł. Odprawiał wtedy późniejszy infułat, ks. Alojzy Karczyński. Nie zbeształ mnie, tylko jeszcze pomógł podnieść. On był bardzo dobry. To właśnie on mnie przygotowywał do Pierwszej Komunii Św. i on jej udzielił.

Początki powołania?

Kiedy mój ojciec dostał posadę w Skarżysku, rodzice nie chcieli mnie wyrywać z gimnazjum w Toruniu. Oboje zdecydowali się na to, żeby jednak prowadzić dwa domy, bo woleli, żebym skończył ten dobry Toruń. W Skarżysku było prywatne gimnazjum, ale na wiele niższym poziomie od chwalonego Kopernika. Nastąpiła więc przymusowa separacja. Ojciec do nas przyjeżdżał na ferie, a ja z matką jeździłem do niego na wakacje. I to tam właśnie zacząłem służyć do Mszy Świętej - w parafii dawniej zwanej Bzinem, która teraz się nazywa Skarżysko Drugie. Tam się zaczęło moje powołanie kapłańskie jako ministranta. I wtedy już przestałem myśleć o wszystkich astronomiach, historiach, i chemiach, a zacząłem myśleć, że mogę być księdzem. Ale się do tego głośno nie przyznawałem.

To jest ta linia, którą ks. Andrzej Bardecki w swojej pracy doktorskiej nazywał linią harmonijną. Chłopcu się podoba liturgia, podoba się to, co robi ksiądz - to czemu by nie miał zostać księdzem? U mnie był jeszcze jeden czynnik: chociaż nie miałem w domu żadnych zachęt do specjalnego życia religijnego, niemniej atmosfera chrześcijańska była bardzo głęboka. Takie jedno z moich wspomnień: kiedy się - jako malec - rozdokazywałem, zacząłem rzucać balonem i uderzyłem nim w obraz Matki Boskiej Bolesnej. Ojciec bez słowa podniósł mnie do góry i kazał pocałować obraz. Nie zapomnę tego...

Pierwsze głębokie przeżycie religijne zapadło mi w pamięć, gdy miałem około piętnastu lat. Poszedłem do kościoła parafialnego na adorację z Wielkiego Piątku na Sobotę. I wtedy pamiętam moje pierwsze odezwanie się do Boga nie tylko gotowymi słowami pacierza, lecz po swojemu. Zupełnie po swojemu. Przedtem modliłem się, ale tak, jak mnie nauczono - gotowymi formułkami. A wtedy po raz pierwszy, podczas tej adoracji przemówiłem tak wprost. I od tego czasu mniej więcej już się utwierdziłem w powołaniu kapłańskim.

Ojciec pisywał do mnie ze Skarżyska długie listy. I wtedy zaczęły się pierwsze różnice zdań między mną a ojcem, chociaż przedtem był dla mnie autorytetem niekwestionowanym.

Czego dotyczyły te różnice?

Właśnie mojej drogi życiowej. Ojciec, kiedy dowiedział się o tych początkach mojego powołania kapłańskiego, nie chciał się na to zgodzić. Pamiętam taki jego długi list, w którym przekonywał mnie, że ja jestem "synem ziemi", a nie "synem nieba", i powinienem się z tym liczyć. Pomylił się, bo wprawdzie za syna nieba jeszcze się do dziś dnia nie uważam, ale mam to głębokie przekonanie, że powołanie moje było od początku autentyczne.

Wahałem się tylko co do tego, czy być księdzem diecezjalnym, czy zakonnym. Z czasem powołanie zakonne wzięło we mnie górę. Ale wszystko było nie do zrealizowania, bo rodzice po maturze mi powiedzieli, że jestem na tę drogę za młody i nie będę mógł o tym decydować, tylko najpierw mam skończyć studia wyższe. Nie tylko ojciec był temu przeciwny - mama wtedy poniekąd trzymała stronę ojca.





Copyright © by Usługi dla Ludzkości (xwa & mb).
Last UpDate: 12.01.2011 [ver.3.1 rb©]
Generation time: 0.32369sek.


Warning: Unknown: open(/var/lib/php5/sess_e4d16083463cf9317f6a43610a24b449, O_RDWR) failed: No space left on device (28) in Unknown on line 0

Warning: Unknown: Failed to write session data (files). Please verify that the current setting of session.save_path is correct (/var/lib/php5) in Unknown on line 0