takie sobie logo serwisu
Dedykacja

KAROL KORTA
Wspomnienia

JAN CZUBEK
RYMY
Przedmowa
Rymy młodzieńcze
Rymy wieku dojrzałego
Na odwieczną nutę.
I. Objawienie.
II. Złudzenie.
III. Skarga.
IV. Błogosławieństwo.
V. Postanowienie.
VI. Ostatnia prośba.
Luba, nie pytaj!
Do Marji.
Żegnam cię...
Znałem cię, kwiatku...
Idź, idź, tylko kroków parę...
Pożegnanie.
Niedziela.
Do...
Na ziemię!
Dwóch młodzieńców.
Furjo, ty precz...
Na intronizację ks. biskupa krakowskiego kardynała Dunajewskiego.
Pamięci Tytusa Świderskiego.
Nagrobek Matce.
300-lecie Gimnazjum Nowodworskiego (św. Anny).
Pamiątka majówki...
Tężmy się, bracia!
Marsz Sokołów.
Wstęp do „Antygony”.
Listy do żony. d.29/6 1904. Na Woli.
Dnia 3/7 w Dużym Gaju.
Nazajutrz na Biskupiej, 6 rano.
Księdzu
Kalchasowi
Prof. Drowi Stanisławowi Windakiewiczowi
Prof. Drowi Stanisławowi Witkowskiemu
Drowi Józefowi Wodnieckiemu
Ks. Kan. Władysławowi Wójtowiczowi
Prof. Drowi Tadeuszowi Zielińskiemu
Żonie
Dedykacje bezimienne
Rymy ostatnie

H O M E R
ILIADA
Pieśń I

H O R A C Y
POEZJE
Słowo wstępne
Pieśni
Księga I
Jan Czubek (1849-1932) - biografia, twórczość (Rymy, 1937)

Rymy wieku dojrzałego



[55]

Na odwieczną nutę.


Das ist eine alte Geschichte,
Doch bleib sie ewig neu...

Heine



[55]

Poświęcone Marji.

I. Objawienie.



Błysnęła jak gwiazdeczka jedną, dwie minuty,
Darząc szczęściem, o jakiem nie marzą niebianie;
A jako mara senna znikła niespodzianie,
Roniąc za sobą wieki żalu i pokuty.

Tak Dant, z pęt cielesnych na chwilę wyzuty,
Oglądał dusz wybranych niebieskie mieszkanie —
I dawno już umilkło czystych duchów granie,
A jeszcze słyszał tony archanielskiej nuty.

I tyś znikła, o droga, znikła — bez powrotu,
A moja dusza rwie sięza twoją do lotu,
I widzę jeszcze cudny czar twego uśmiechu.

Widzę twych oczu czyste jak kryształ spojrzenie,
I czuję, ach, jak dawniej, żar twego oddechu,
I słyszę, ach, jak dawniej, twego serca drżenie.



[56]

II. Złudzenie.


Ciemną, burzliwą, bezmiesięczną nocą
Płynąłem cicho, sam po oceanie;
Z ust zaciśniętych nie wyszło błaganie,
I nikt biednemu nie spieszył z pomocą.

Wtem: raz — na fali — dwa światła migocą:
I widzę jakieś promienne świtanie,
I słyszę ciche, serdeczne szeptanie,
I ku zjawisku steruję przemocą.

To twoich oczu światełko mi błysło,
To czar twej mowy pieścił moje uszy,
I słodki balsam wlewał mi do duszy.

Za małą chwilkę — moje szczęście prysło,
Jak krucha bańka po deszczu na fali:
Bóg z tobą! — samotny pożegluję dalej!



[57]

III. Skarga.


Ni próśb, ni błagań, ni zaklęć miłosnych,
Co duszę pieszczą i łechcą przyjemnie,
Tyś nie słyszała przenigdy odemnie,
Strugim nie wylał wyrzutów zazdrosnych.

Lecz miljon bólów, rozpaczy nieznośnych
Biedną mi duszę szarpały tajemnie,
I serce moje płakało — daremnie —
Łez pełne rzewnych, cichych — a tak głośnych.

Więc się na ciebie poskarżę u Boga,
Żeś jęków moich nie słyszała, głucha,
I gdy największa mną miotała trwoga,

Gdy jak do świętej modliłem się szczerze,
W skrusze i płaczu i zwątpieniu ducha.
Tyś rzekła — pomnisz? — "Nie wierzę, nie wierzę".



[58]

IV. Błogosławieństwo.


Myśl moja nieraz leci na przeszłości tonie
I szuka choćby nikłej po szczęściu pamiątki,
I jak nurek w otchłani, odnajduje szczątki,
Które zazdrośna fala pogrzebła w swem łonie.

Ach, i znowu, jak dawniej, pałają mi skronie,
I minionego szczęścia złote snują wątki.
I zeschłe drzewo wspomnień znów wypuszcza prątki,
I na mem niebie znowu świt różany płonie.

Pamiętasz? — siedzim blisko: tam, na świecie burze —
Mnie spokojnie wykładu ciche płyną słowa,
Bo słodki pokój czerpię w twoich ócz lazurze.

To znów w cichej ustroni, cała zapłoniona,
Witasz mię niby miejsc tych zaklęta królowa —
O Marjo! droga Marjo! bądź błogosławiona!



[59]

V. Postanowienie.


Korny stóp twych niewolnik i cień twego cienia,
Każdy twój ruch śledziłem i na każdym kroku
Strzegłem cię, niespokojny, jak źrenicy w oku,
I nie dostałem za to — jednego spojrzenia.

Ja — byłem zawsze gotów dla twego zbawienia
Rzucić się w toń zawrotną, bezdeń pełną mroku,
A ty — ledwie mię cierpieć raczyłaś przy boku,
Ty, dumna moja pani, królowo z kamienia!

Lecz wiedz, że serce moje i zawsze i wszędzie
Ścigać cię będzie, jak cień, po szerokim świecie,
I tak jak ja — już ciebie nikt kochał nie będzie.

Z sercem wdowiem — od mego kochania daleki,
Zachowam drogą pamięć — niezabudki kwiecie,
I z tym darem twej dłoni zamkną mi powieki.



[60]

VI. Ostatnia prośba.


Myślałem długo — Boże! o czem nie myślałem?
Myślałem, że mi będziesz aniołem pociechy,
Że moje — moje będą wszystkie twe uśmiechy,
I moje wszystkie troski na twem czole białem.

Lecz tegom nie pomyślał, że moim udziałem
W życiu — marzeń wciąż piękne lecz puste orzechy —
O Boże! czyż tak wielkie były moje grzechy,
Że za nie płacić muszę, ach, aż życiem całem?

Myślałem... pozwól, droga, mym myślom wylatać,
I cicho, jak żebrakom, do twych drzwi kołatać:
Przywitaj je życzliwie — i odpraw w pokoju.

A gdy wreszcie poczujesz ciszę uroczystą,
Tę ciszę, jaka bywa po śmiertelnym boju —
O, wtedy, Maryo! uroń jedną łezkę czystą!



[61]

Przebaczcie mi, o Muzy, że list rymem skrobię,
Lecz gdym się już po uszy cały zasonecił.
Gdym już tego gatunku całe 6 sztuk sklecił,
To i 7 dla "omen" od biedy dorobię.

Mając sonety, myślę: — Co ja z nimi zrobię?
Aż Eros wartogłowy, co ten pożar wzniecił,
Kłosy mych uczuć posłać do "Kłosów" polecił,
Więc je Redaktorskiej przesyłam osobie.

Może te skargi piękne bogineczki wzruszą,
Może serc ich kamienną pokrywę pokruszą,
Że się biednych kochanków przerażą katuszą.

A dziś już za nic Filonowe żale,
Zanic męki cierpiane w miłośnym upale,
Ach! to w kosz — odpowiedzi nie wymagam wcale. —



[62]

Luba, nie pytaj!


Luba, nie pytaj! co ma spaść, spadnie —
Lecz szczęście oburącz chywtaj!
Spełniaj puchary — a co tam na dnie,
Nie pytaj, luba — nie pytaj!

Przyszłość z pieczęcią przychodzi na czole,
Ty jej zuchwale nie czytaj.
Czy pieści szczęście, czy kryje bóle,
Nie pytaj, luba, nie pytaj!

Jak długie szczęście? — odpowiedź w głębi
Każdy gdzieś taji i ty taj.
Czy fala czasu kiedy nas zziębi?
Nie pytaj, luba nie pytaj!

Więc kiedy jutra nikt nie odgadnie,
Poranek szczęścia wciąż witaj:
Czy będzie wieczór? czy noc zapadnie?
Nie pytaj, luba, nie pytaj!



[63]

Do Marji.


Niemasz Cię, moja Maryniu jedyna!
Czyż kiedy serce o Tobie zapomnie?
Bez myśli na Cię nie przejdzie godzina,
Maryniu moja, czy też myślisz o mnie? —

Tam wielu innych może Cię otoczy,
Każdy zapragnie stanąć pierwszy w rzędzie.
Będą miłośnie patrzeć w Twoje oczy,
Lecz kochać żaden tak, jak ja, nie będzie.

Bo ja Cię kochał miłością mej duszy
I w Twoich oczach zatapiał się lubo.
Tyś słodkie słowka wlewała mi w uszy,
Co były dla mnie pociechą — i zgubą.

Jam szczęścia pamięć, jak truciznę z sobą
Poniósł od Ciebie między obcych ludzi
I staczam walkę, jak z długą chorobą —
Już, już jej niema i znowu się budzi. —

I znowu, znowu wracają te chwile,
Co tyle miały szczęścia i słodyczy,
Co uleciały, jak wietrzne motyle,
Nie zostawiając nic, — nic — prócz goryczy. [64]

Pełno też zjadłej goryczy w mem łonie,
Gorycz połykam — nią oddycham, żyję
I ku przyszłości spoglądam zasłonie:
Maryniu droga! co ona też kryje? —

O luba moja, może ją Twa ręka
Rozerwie, może ona szczęście chowa —
Szczęście? — och, droga, bo mi serce pęka —
Maryniu moja, bądź mi zdrowa, zdrowa! —



[65]

Żegnam cię...


Żegnam cię — bądź zdrów, najdroższy trzpiocie!
O, żebym przesłał choć słów tych kilka.
Pierwszy raz w życiu klnę mej brzydocie.
Boże! czemuś mi nie dał kształtu motylka?
Motylki — to rozkosz kobiety ładnej
Znęconej kształtem, barwą motylą,
Niepomnej na to, że motyl zdradny
Na innym kwiatku siedział przed chwilą.
I ty, mój trzpiocie! pieścisz motyla,
Co błyszczy świetnie niewłasną barwą,
Ale pamiętaj! nadejdzie chwila,
Barwa się zetrze — i będzie larwą.
Albo, mój Boże! czemuś mi nie dał
Tej bezczelności, co nie ma granic:
Jabym był wszystko: wstyd i honor sprzedał,
Wszystko i miłość miałbym był za nic.
Wtenczas bym godny był twej miłości
I serca, w którem miłość nie gości —
Lecz nie! Bo — kłamać nadaremnie —
Ty kochasz, tylko niestety, nie mnie!
Bądź szczęśliwa! precz próżne żale
Nad utraconą szczęścia nadzieją.
Niech Twych usteczek cudne korale
Jak się wprzód śmiały, tak nadal śmieją.
A ja zostanę sam z sercem wdowiem
I od kochania mego daleki,
Ale czego ci nigdy nie powiem,
Będę cię kochał zawsze, na wieki. —



[66]

Znałem cię, kwiatku...


Znałem cię kwiatku, kiedy nieśmiały
Tulących obsłon zrywałeś pęta,
Gdyś na świat boży, cudny, wspaniały
Ledwie otwierał modre oczęta.

I znów cię znałem, kiedy w rozkwicie
Niebieskiej rosy piłeś kryształy,
A gdy słoneczko błysło w błękicie,
Krasy rumieńcem spłonąłeś cały.

Z podziwem patrzą bratnie kielichy
I ptasząt słychać radosne pienie —
A wtem mie doszedł szept niby cichy,
Niby modlitwy anielskie tchnienie:

Boże! tej róży, co się rozwija,
Powiew światowy niechaj nie zbudzi,
Niech ją zimowy wicher omija,
Niech rozwesela niebo i ludzi. —



[67]

Idź, idź, tylko kroków parę...


Idź, idź, tylko kroków parę,
Czeka zabawa swobodna,
Wesołości pełną czarę
Będziesz pił bez troski do dna.

Tu praca, nudy, zgryzota,
Gdy czytasz, trudności nowe,
Tam śmiechy, żarty, pustota
I usteczka koralowe.

Tu źółwiem chwila się wlecze,
Sen owładnie cię za wcześnie,
Tam i godzina uciecze,
Jak w marzeniu, jakby we śnie.

Więc precz, trudy, precz, ślęczenie,
Precz, precz, książki i kajety.
Górą powabne spojrzenie,
Górą uśmiechy kobiety.

Stój! stój — zimny rozum rzecze —
Czyś ty zbadał rzecz dokładnie?
Z czary wesołość uciecze
A wiesz, co tam będzie na dnie? —



[68]

Pożegnanie.


Bywaj mi zdrowy, domku ustronny!
W tobiem, rozbitek, znalazł schronienie
I chwile błogie, i kwiatek wonny,
Więc biorę z sobą małe wspomnienie.

Niechaj mieszkańcy pod twoją strzecha
Nigdy nie znają smutku, niedoli,
Niech każda chwila darzy uciechą,
Niechaj ich wszystko mija, co boli.

A tego kwiatka, co się rozwija,
Powiew światowy niechaj nie zbrudzi!
Niech go zimowy wicher omija,
Niech rozwesela Boga i ludzi.

Niech blade lica w uczuć nawale
Często się nadal ogniem obleja,
Niech tych usteczek cudne korale,
Jak się wprzód śmiały, tak nadal śmieją.

Już ja na przyszłość nie będę świadkiem
Tych tajemniczych serca kłopotów,
Co tak na lica biją ukradkiem,
Że człek z zazdrości oszaleć gotów.

Badź zdrów, mój domku! odchodzę smutny
Na nowe pole walki i znoju.
Więc to nie koniec, losie okrutny,
Więc dla mnie niema — niema spokoju?! —
ostatni grudnia 1873.



[69]

Niedziela.


Niedziela, odpoczynek — cisza — po obiedzie
Ludzkość, strawą napchawszy żołądki, zamyka
Powieki — i niebieskie migdały połyka,
Zapomniawszy na chwilę o ziemi i biedzie.

Lecz za cóż mnie jednego Morfeusz nie zwiedzie?
Za cóż, gdy jednostajnym taktem zegar tyka,
Ciężka jak ołów chwila za chwilą pomyka,
Nie mogę się mych myśli obronić czeredzie? —

Cicho! — Szmer słyszę — ucho natężam — drżę cały,
Wstrzymuję oddech w piersi — ktoś stąpa — to ona!
Rozdygotany lecę ku drzwiom pędem strzały.
Słychać dzwonek — drzwi skrzypły — wyciągam ramiona:
Jak się masz — szepły usta — wnet szepty ustały,
O, bo słów tam nie trzeba, gdzie dwa biją łona!



[70]

Do...


A cóż? straszna kobieto, bez czucia, bez serca!
Tyś myślała, że kiedy ból duszę przewierca,
Będę ci u nóg pełzał, jako robak w prochu,
Niewolnik twoich skinień, kaprysu lub fochu?
Nie - ja pan - wielki - dumny i nikt mnie nie nagnie,
Bom nie jest jak gad podły, co się wylągł w bagnie,
I głupie serce moje raczej z bólu pęknie,
A przed tobą, kobieto, nie zadrży, nie jęknie!
Ty pierwej zgiąć się musisz i uderzyć czołem
I będziesz mi jak pierwej pociechy aniołem -
Albo się opancerzę w ślimaczą skorupę
I szydząc, patrzał będę na tę śmieci kupę,
Gdzie się lęgnie robactwo - pełną niedojadków,
Rozbitych czar, kielichów, biesiady ostatków,
Zwaną światem, gdzie bez serc i bez mózgów ludzie
Znoją się od wiek wieków w syzyfowym trudzie
I gonią - co? złudzenie. - Szaleni, szaleni!
Ledwie się trawka kłuje, ledwie zazieleni,
Już ją zimny mróz ściska albo robak toczy,
I w zarodku już niszczy kwiat szczęścia uroczy! [71]
I ja mam gonić za tem mamidłem zwodniczem,
Co jest jednem okropnem, niezgłębionem niczem?
A gdy się z rąk wyśliźnie, przejmuje rozpaczą,
Przy której potępieńców męki nic nie znaczą?
O, nie! - ja ci kobieto, nie klnę i nie łaję,
Ale cały przed tobą załzawiony staję
I pamiątkę ci oto maleńką przynoszę
I o miłe wspomnienie i o przyjaźń proszę.
Może gdzieś pośród listów - rupieci - pamiątek
I dla mego "Edypa" wynajdzie się kątek.
Może w tem sercu dzikiem - próżnem - bez miłości
Wśród zgraji innych wspomnień i moje zagości.
I choć w przyszłości kiedyś szybsze wzbudzi drżenie
I z piersi rozżalonej wyciśnie westchnienie:
"Jakżem sama! - na wielkim tym obszarze świata
Czyż nie ma dla mnie przyjaciela - brata?
Trza jednak przyznać temu fantaście i zrzędzie:
Jak on - nikt mię nie kochał i kochać - nie będzie!"
I łza wielka, gorąca zabłyśnie Ci w oku -
Lecz ja będę już szczęśliw - czy przy Twoim boku?


        w Tarnowie 18. 6. 1876



[72]

Na ziemię!


Słodko jest dumać pod gwiazdek sklepieniem,
Błogo w księżyca blade patrzeć lice.
Łzą oko sperlić, pierś podnieść westchnieniem,
Z czystymi duchy pląsać w wieczornice.

Ale w tem serca i fantazji życiu
Ducha zakuwać kwietnymi łańcuchy,
Jak dziecię pieścić we łzawem powiciu —
To grzechem dla nas — młodzieńcze me druhy!

Nie nam po chmurach, jak powietrzne ptaki,
Pląsać w mgły ranne ozdobiwszy czoła,
I myślą płynąć podniebnymi szlaki:
Nie o to do nas ziemia nasza woła!

Przypnijmy orle skrzydła do ramienia
Nie, żeby chmury prześcigać w polocie.
Muzyką naszą nie tęsknych nut brzmienia,
Nie życiem noce, dumane w tęsknocie!

Nam skrzydła orle niech za to wyrosną,
Byśmy nad kruche ulatali gady,
Byśmy dopóki życie nasze wiosną,
Pod przyszłe gmachy stawiali pokłady!

Byśmy ramieniem twartdem jak zgrzyt stali
Na roli bryły rozbijali hardo,
Byśmy tę ziemię czynem ukochali
I pracą ducha i znojną i twardą. [73]

Nie wielka chwała, jeżeli skrzydłami
Wylecim w gwiazdy, pod jasne błękity —
Gdy dołem ziemię niedola nam plami,
Gdy kraj ciemnotą i brudem spowity!

Pierwej rozbijmy precz hartowną dłonią
Ten ciemny obłok, co tumani braci,
A gdy w radości ich oczy łzy zronią,
Wtedy nam trudy blask słońca opłaci.

A kiedy potem uznojone czoło
Światu pokaże plony naszej jazdy,
Zatoczym skrzydła rozkosznie — wesoło,
Spocząć polecim na niebieskie gwiazdy.

Na ziemię, na dół, kędy łzy i ciernie!
I z wiarą w Boga stawajmy do boju.
Choć krew zabroczy — my stawajmy wiernie
I sztandar nieśmy ukąpany w znoju!

A silni duchem, ramion splećmy wieńce
I w jedno koło połączmy swych braci.
Choć trud wypali z młodych lic rumieńce,
Duch, jak stal w ogniu, niech blasku nie traci,

Ale niech błyśnie skrą na świata końce,
I gmach ojczyzny wykowa z granitu,
A gdy wolności oświeci go słońce
Sztandar zwycięstwa zatkniemy u szczytu!



[74]

Dwóch młodzieńców.


1.

Onego czasu — dawno, — bo czas leci —
Było to, pomnę, w pewnym starym grodzie,
Było dwóch chłopców, nie mężów, nie dzieci,
Chodzili często po wieczornym chłodzie.
A choć był jeden panicz, drugi z kmieci,
Widziałem często, jak w ciemnym ogrodzie,
Co objął miasto przepaską zieloną,
Szło ręka w rękę tych młodzieńców grono.

2.

Jednemu z oczu patrzało coś z butna,
A iskry świetlne sypała źrenica.
Drugiego lice blade, jakby z płótna,
Osiadła jakaś nieznana tęsknica.
I częstom widział, jak twarz jego smutna
Wpatrywała się w bladą tarcz księżyca,
Czasem łza spadła, lecz tylko ukradkiem,
Bolesna, kogo mieć tej rzeczy świadkiem.

3.

I długo, długo po ciemnej ulicy
Po girlandami cudownej zieleni
Widziałem nieraz, jak ci samotnicy
Chodzili obaj, już to zamyśleni [75]
Już to młodzieniec o jasnej źrenicy
Zaczyna prawić i twarz mu się mieni —
I taki wyraz daje swej prawicy,
Że wyciągnięta, zda się, jak do Boga,
Spada piorunem w samo serce wroga.

4.

Ale towarzysz zapału nie dzieli
I na kolegę spogląda żałośnie
Bo mu piorunu nie dali anieli,
Aby po świecie grzmiał sławą rozgłośnie,
Lecz tylko gwiazdę dał mu anioł w bieli,
Co mu skroń pali, tak, że w życia wiośnie,
Podczas gdy inni swawolą wesoło,
On duma często, pochyliwszy czoło.

5.

Więc gdy towarzysz roztacza z zapałem
Żołnierskie życie w różowym kolorze,
Jak to na wroga lecieć z świętym szałem
I bohaterem zalec zimne łoże,
On duchem służyć Ojczyźnie, nie ciałem,
I narodowi słowo głosić Boże
Stawiał za hasło, za życia zadanie —
Tacy to byli owi dwaj młodzianie.

6.

Od onej chwili, chwili świętej zgody,
Przyjaźni duchów wiele przeszło, wiele,
Wiele we Wiśle upłynęło wody —
I rozeszli się młodzi przyjaciele, [76]
Ażeby gonić za marą w zawody,
Aby osiągnąć zamierzone cele.
Poszli, zginęli w oceanie świata.
Zanim się zejdą, mnogie spłyną lata.

7.

Słyszałem czasem, że jasny młodzieniec
Pośpieszył śmiało w pole boju, sławy,
Biegały wieści raz, że jako jeniec
Kosztuje wojny i niewolnej strawy,
To znów, że dostał wawrzynowy wieniec,
To znów, że zginął, bo bój miał być krwawy;
A blady, słysząc niepomyślność, biadał,
A gdy pomyślność, dumy o nim składał.

8.

Przeszedł bój krwawy, w ognisko domowe
Popowracali smutni wojownicy,
Bo wielu, wielu położyło głowę
Za cudzą sprawę i w obcej ziemicy.
Do tych, co członki przynieśli znów zdrowe,
Liczył się młodzian o jasnej źrenicy,
Wtenczas ach, wtenczas! jakby się był kwapił
Młodzieniec blady, by brata obłapił! — —

9.

Ale... ale niech w mojem sercu na dnie
Zostanie "ale" na wieki zamknięte.
Twa myśl A.... już reszty odgadnie
I już wysnuje zdanie rozpoczęte.
Bo choć wprost powiem, że wcale nieładnie
Wyrzucić z głębi serca, jak nie święte, [77]
Wspomnienie brata, — ja znam rzecz dokładnie
Tyś nic nie winien, tyś zwiedziony zdradnie.

10.

Ale przeklęte niech będzie wspomnienie
tych, co złośliwie pamięć czernią cudzą.
Niechaj ich straszą, jak złych, własne cienie,
Niechaj ich ze snu złe anioły budzą — —
Lecz cóż to bracie, to jakieś złudzenie,
To ja przeklinam? czy myśli mię łudzą?
Ja, ja?! ja człowiek w Chrystusowej szacie?
Nie, nie, przenigdy! więc daruj mi, bracie. —

11.

Bo oto stawam z pochyloną głową,
Z założonemi rękoma na piersi
I przebaczając, mówię bratnie słowo:
O bracie! bądźmy znów, jak przedtem, szczersi,
I nasze duchy powiążmy na nowo,
Jak bracia, jako chrześcianie pierwsi,
Stańmy w szeregu nieprzełomnym głazem,
Gdy przyjdzie upaść, upadniemy razem. —



[78]

Furjo, ty precz...


Furjo, ty precz, czego chcesz odemnie?
Precz, nie dręcz więcej — ja nic nie dłużen.
Czego opuszczasz twoich mieszkań ciemnie,
By mi dokuczać — ja zazdrości próżen. —

Jędzo wybladła! jabym ci zazdrościł
Czego, co ty masz godnego zawiści?
Może twej dumy, może żeś się złościł,
Gdy ci ktoś narwał z twego wieńca liści?
Matematyczny twój wieniec obleciał.
Świeższy, z wawrzynu, ma ktos od cię inny,
Żeś z góry na dół jak lucyper leciał.
Jam nie zazdrościł — ja jestem niewinny,
Więc czegoż kiedy ja zazdrościł tobie?
Może frazesów w polskim górnolotnych?
O moja biedo — miejże, miej je sobie
I lata sobie po przestworach — błotnych!
Może ty myślisz, że nauczycielski
Zawód jest mej zawiści przedmiotem?
Może ów okres życia twego sielski? —
Nie, nie na... bądź mi przekonany o tem.
Więc daj mi spokój, jam nie zajrzał tobie
Nigdy niczego i zajrzeć nie myślę —
Przysięgam i krzyż na papierze zrobię
I własną ręką nazwisko nakreślę.



[79]

Na intronizację ks. biskupa krakowskiego
kardynała Dunajewskiego.



Brzmią radością stare mury,
Z wszystkich oczu radość strzela,
I z Wawelu świętej góry
Dzwoni Zygmunt pieśń wesela.

Ciesz się, ludu chrześcijański,
Ciesz, krakowskiej tej ziemicy
Pomazaniec idzie Pański
I zasiądzie na stolicy.

Na stolicy Stanisława
Apostolski starzec siędzie
Chrystusowe głosić prawa,
Niebo z ziemią godzić będzie.

Długo, długo lud sierocy
Bez pasterza ofiarnika
smutny błądził w cieniach nocy,
Czekał tego dnia promyka. [80]

Gdzie Zbigniewy, Samuele,
Gdzie Woronicz złotousty
Świecił, tam lat wiele, wiele,
Tron samotny stał i pusty.

Widział Ojciec, co nas boli,
Litość wreszcie zwyciężyła —
Więc już kładzie kres niedoli
I pasterza nam posyła.

A więc witaj nam hosanna,
Który idziesz w imię Boże!
Witaj, witaj, gwiazdko ranna,
Nowej ery wstają zorze.

Zasiądź, zasiądź na stolicy,
Co ją świętość opromienia,
Wyplew kąkol śród pszenicy,
Prowadź serca i sumienia!

Prowadź serca i sumienia,
Wskazuj, jaka wiedzie droga
Nieomylna do zbawienia,
Do zbawienia — i do Boga!

1879.



[81]

Pamięci Tytusa Świderskiego
ur. w r. 1844 w Słonimie na Litwie,
zmarłego 25 lutego 1880 r. w Krakowie.


I Ty nas odszedłeś, nasz druhu serdeczny,
I pilno Ci było na spokój, na wieczny
Ułożyć swą głowę strudzoną! —
Więc jakże żniwiarzu — poszedłeś od żniwa?
A słońce przypieka, a złoci się niwa,
I kłosy do słońca już płoną!

Więc także Ci pilno już było zejść z pola?
A druhy Twe walczą, krwią świeci się rola,
Zwycięstwa nie słychać peanu!
Więc jakże, oraczu — jakiegoż to plonu
Spodziewać się mamy, gdyś zeszedł z zagonu,
Zaledwieś rozorał pół łanu?

Tytusie, nie gnuśny robotnik był z Ciebie,
Ni żołnierz, co druhów opuszcza w potrzebie,
Ni oracz, co roli odbieży;
Na spieceś pracował i znojno i twardo,
I stałeś na szańcu i prosto i hardo,
I zagon orałeś Macierzy! [82]

Głos Pański Cię wezwał w południe przed zmrokiem:
Posłuszny odszedłeś — ach! skorym zbyt krokiem —
I roli i pługa i znoju.
A my tu sieroty — we łzawej żałobie
I płaczem i w cichym składamy Cię grobie,
I życzym wiecznego spokoju.

Ziemico ojczysta, rodzico strapiona!
O, przyjmij Tytusa i przytul do łona
I wieczne daj odpocznienie;
Dla ciebie pracował, oblewał się potem,
I miłość ci płacił swym całym żywotem,
Dla ciebie ostatnie dał tchnienie.



[83]

Nagrobek Matce.


W pocie znoju, ale z sercem czystem
Kroczyła szlakiem żywota ciernistym.
Dziewięcioro Bogu wychowała dziatek,
Mężowi szczęście mnożąc i dostatek.
Sama pociechy zaznała niewiele;
Wiele cierpiała, bo kochała wiele.
Po trudach życia niech Bóg miłosierny
Da spokój wieczny swojej słudze wiernej.



[84]

300-lecie Gimnazjum Nowodworskiego (św. Anny).


Hej! w górę serca, na skronie wieńce,
Szatę przywdziejmy godową!
Pieśni śpiewajcie, polscy młodzieńce,
Dziś święto wielkie i nowe.

Trzysta lat mija, odkąd ta szkoła,
Czcigodna macierz ta nasza,
Z pochodnią w ręku, z gwiazdą u czoła
Ciemne pomroki rozprasza.

Cóż to za rzesza tłumnie się roi,
Te togi obok pancerzy?
Męże z księgami i męże w zbroi
Pokłon oddają macierzy?

To bohaterów przezacnych grono,
To naszej matki są dzieci!
Wypiastowało je wspólne łono
W ciągu ubiegłych stuleci. —

Lecz któż w tym tłumie jak gwiazda świeci,
Postać wspaniała i przednia?
To król bohater, to nasz Jan trzeci,
Zbawiciel Rakuz i Wiednia! [85]

Toż Nowodworski, rycerz bez trwogi
I dobroczyńca młodzieży:
Uśmiech mu lica rozjaśnia błogi
Na widok dzielnej młodzieży.

Cześć ci, rycerzu! Twe zacne imię
W pamięci ziomków nie zginie,
Póki stać będą Tatry olbrzymie,
Wisła do morza popłynie.

A twoje dzieło nie, jak dąb harde,
Urąga wichrom i burzy,
Niechaj czasowi przetrwa na wzgardę
Drugie lat trzysta i dłużej.

Ta szkoła, wierna przeszłości swojej,
Ojczyźnie syny niech rodzi;
Niech z niej hufcami, jak z konia w Troi
Dzielna młódź polska wychodzi!



[86]

Pamiątka
majówki VI klasy B gimnazjum św. Anny
w dniach 4 i 5 maja 1889 r. odbytej.

I.

Tęczyn warowny, Lipowiec wspaniały,
Zielonej Płazy urocze wydroże,
Gdzie dołem potok kręte żłobi łoże,
Czarowny widok z Bukowickiej skały;

Strome urwiska prastarej Kwaczały,
Cichy w Alwerni klasztorek, co w borze
Usiadłszy, głową jasny lazur porze,
Wód Regulickich przeczyste kryształy:

Młódź, w Nowodworskiej ucząca się szkole,
W dwu dniach krokami — oczyma przemierzy,
Z zachwytem w sercu, z zadumą na czole,

Lecz ni zamczyska, ni te dziwy boże
Tyle się w pamięć nie wryły młodzieży,
Ile gościniec w Lipowieckim dworze. [87]

II.

Pomnijcie ustroń, schowaną w drzewinie,
Gdzie oko nęci śnieżna białość sadu,
Gdzie ucho pieści brzęczenie owadu,
Gdzie cichą nocą pieśń słowicza płynie?

Niech nikt nie mówi, że w polskiej krainie
Stara gościnność zginęła bez śladu;
Bo drzwi swe rozwarł — innym dla przykładu —
Dwór Lipowiecki wędrownej drużynie.

Więc cześć i sława z pokłonemm powinnym
Pięknym mieszkankom czarownej ustroni,
Cześć Paniom zacnym, szlachetnym, gościnnym!

Więc okrzyk wznieśmy z sec najgłębszej toni
Na chwałę tych serc, co i bliźnim biją:
Panie w Lipowcu — niech nam żyją — żyją!



[88]

Wiersz deklamowany na komersie sokolskim.
Tężmy się, bracia!


Tężmy się, bracia! — Tam, gdzieś poza światem,
W krainie marzeń, w niebie ideałów
Duch pewnie czysty i bratu jest bratem,
Wyzwolon z ziemskich szumowin i kałów:
Tu bój o wolność i czarny kęs chleba,
Tu ramion silnych i pięści potrzeba.

Tężmy się, bracia! — Przeminęły czasy,
Gdy ludźmi władła pieśń i dobre słowo;
Gdy boski Orfej zwierza, głazy, lasy
Poruszał cudną swej pieśni wymową,
Gdy pieśń trawiła, co pierś ludzką brudzi,
I z ludzkich bestyj robiła znów ludzi.

Dziś — krwi nastały czasy i żelaza,
Świat cały w pędzie wiruje rozbieżnym,
Serca nienawiść truje, jak zaraza,
I człek człekowi jest wilkiem drapieżnym;
Zwycięzca, godłem potrząsając krwawem,
Urąga słabym: Patrz! siła przed prawem! [89]

Więc kiedy sile świat stawia ołtarze,
W służbie u siły sprawiedliwość święta,
Gdy wrogi wilcze przybierają twarze:
My jedni korne mamy być jagnięta?
Nie — lecz gdy drogę rozbójnik mi zajdzie,
Odpowiedź w pięści zaciśniętej znajdzie!

Alboż to, bracia, na hart i pięść twardą
Mają osobne przywileje wrogi?
Alboż to Polak nie stawiał się hardo
I w tłumy wrogów nie roznosił trwogi?
Niech powie Krzyżak, Turczyn, Moskwiciny,
Czy pięści polskie z kruchej były gliny?

Lecz nie ten, bracia, miłuje ojczyznę,
Kto się, bezczynny, chwałą przodków puszy;
Hańba, kto ojców przeżuwa spuściznę,
A sam ni głową, ni ręką nie ruszy;
Przeklęte plemię niezdarne, co gnuśnie
Na laurach ojców poziewa i uśnie.

Pracować trzeba w mozole i znoju
I krzepić ducha w wlewać weń męstwo,
Z młodu się stalić do twardego boju,
Ręką Herkula sięgać po zwycięstwo.
Ale — duch słaby, wnet omdleje w czynie,
Gdy w słabe zamknion i kruche naczynie.

Gmach ten wspaniały w Syzyfowym trudzie
Dłonie rodaków ofiarne wznosiły;
Postawili go dobrej woli ludzie,
By był przybytek narodowej siły, [90]
By pokolenia wolne od obucha
Tu hartowały ciało, krzepiąc ducha.

Więc ćwiczmy ciało, aż stwardnie i zgęśnie,
Bary rozszerzmy, w stal przekujmy mięśnie;
Tu się jagnięcej zbywajmy natury,
Złość biorąc wilka i wilcze pazury,
Na wszelkie gwałty tu zbrójmy się w gwałty
I dziejom lepmy sprawiedliwsze kształty.

Niech z tego gniazda sokole drużyny,
Karne braterstwem, porządkiem i zgodą,
Lecą tam, w górę, w podniebne krainy,
Tęskne za złotem słonkiem i swobodą.
A gdy ojczyzna na syny zawoła,
Niech ni jednego nie braknie Sokoła!

Teraz — nam tylko kuć stalne oręże,
Hartować ducha i ciało na trudy
I siłom ufać jak ufają męże,
Dawnych się błędów wyrzec i ułudy:
To sobie, bracia Sokoły, przysiężmy
I z wiarą w sercu tężmy się — o, tężmy!

Z trudem się łamać, silić, znoić, pocić,
A zawsze razem, zawsze w imię Boga;
Gdy zagrzmi hasło, grzmocić, wściekle grzmocić,
Nie dać się szukać, ale szukać wroga,
Wszystko dla naszej tej Świętej - dla Polski:
Oto rodacy, nasz pacierz sokolski!



[91]

Marsz Sokołów.


1.

Naprzód, Sokoły, sierdzista młódź!
Na wiatr rozwinąć sztandary!
Ty, biały ptaku, leć, ducha budź!
Czynów zagrzmijcie fanfary!
Niech bezruche plemię
Gnuśny wiek przedrzemie:
Czyn - potęgi brat;
Silnej pięści
Sam Bóg szczęści,
Silni dzierżą świat.

2.

Niech patrzą wrogi, niech widzi druh:
My prawe ojców potomki;
Jeszcze nas krzepki ożywia duch
I męże z nas nie ułomki.
Jak Bóg Bogiem w niebie,
Stawim się w potrzebie,
Niechaj zadrży wróg:
Żyje nasza
Macierz Lasza,
Żyje ojców Bóg!



[92]

Wstęp do "Antygony".


Kiedyś Odyssej na świata uboczy
Krew z czarnych owiec w głąb ziemską wytoczy,
By dusze zmarłych, krwi zwierzęcej syte,
Serc mu tajniki spowiadały skryte.

Po wiekach, barbar, z pochylonym czołem
Śladem Odyssa nad Aida dołem
Zwątpienia pełen stanąwszy i smutny,
Obrzęd ze drżeniem odprawiam okrutny.

Krew piją duchy, nim życiem żyć poczną...
Wiec z Acherontu głąb zimną i mroczną
Krwi własnej leję życiodajne strugi,
By mary zbudzić z snu po nocy długiej.

Ty powstań pierwszy, królu niewidomy,
Przez błyskawice oślepion i gromy,
Coś z tronu runął w przepastne głębiny
Winy i grzechu — bez grzechu i winy.

Lecz z Zeusem Dike na tronie zasiada...
Więc odpuszczona mu zbrodni szkarada...
I choć przeklęty w rodzicielki łonie,
Po mękach życia wywyższon jest w zgonie. [93]

Wstań, Antygono, i oblicze światu
Ukaż, smętnego pełne majestatu!
Na samolubów wstąp jarmark zgiełkliwy
I daj świadectwo prawdzie wiecznej, żywej.

Powiedz, że nie złość, nie nienawiść mściwa,
Nie maska ludzka, co zwierzę pokrywa,
Ale kochanie dzisiaj, jak przed wiekiem,
I miłość czyni człowieka człowiekiem.

I poświadcz ludziom, niebieska dziewico,
Że poza niskich popędów granicą,
Poza tem ludzkich zwierząt żerowiskiem,
Gdzie śmierć słabszego dla zwycięzcy zyskiem,

Jest świat, co temu niepodobien światu,
Gdzie człek nie wilkiem, lecz bratem jest bratu,
Skad powiew, skrzydłem poruszon anioła,
Chłodzi na spiece uznojone czoła.

A choć cię tłuszcza oplwa rozpasana,
Cziciel złotego wyśmieje bałwana,
Zwycięzca błotem z rydwanu obrzuci,
Nędzarz się nawet z rozpaczą odwróci:

Ty ze łzą w oku, o gołąbko biała,
I z dumą, z jakąś wobec króla stała,
Powtórzysz na głos przed tą ludzką zgrają:
Ja złości nie znam: jam z tych, co kochają!



[94]

Listy do żony.

d.29/6 1904.
Na Woli.



Dziś do Tyńca na odpust myślałem iść zrazu,
Ale się najwyższego uląkłszy zakazu,
Tylko ku Woli niosę rozmachane nogi,
Nie bez strachu wszelako i tajemnej trwogi,
Że się zmarszczy Bogini oblicze surowe
I grom padnie z Olimpu na mą biedną głowę.
Bądź jak bądź, choć niewolen niejakiej obawy,
Walę, pisząc podrodze pamiętnik wyprawy,
Wezwawszy ku pomocy boga rymów, Feba:
Może ten list przebłaga zagniewane nieba.

Przez Błonia za gościńcem idąc przez pastwisko,
Patrzę: deszczyk na Woli, ba, już przy mnie blisko.
Jakoż niedługo kapał kroplami gęstemi,
Posiłek upragniony dając matce-ziemi.
Nie dbam i zasłonięty tarczą parasola,
Dymam przez jaz i zboża: aliści wnet Wola.
Pokusa bierze skręcić w lesiste parowy,
Lecz ją strach i obawa wnet wybija z głowy. [95]
Więc krokami kierują na lewo do drożki,
Gdzie chałupy z obu stron siedzą, jak kumoszki,
By się w górę windować, wyniesioną miernie —
Co tam ujrzę, to wszystko opiszę Ci wiernie.
U stóp mych struga Wisły, gdzieś wiecznie ucieka —
Nie śpiesz się, polska rzeko, gdzie jarzmo cię czeka!
Zawcześnie ty przybędziesz tam, gdzie cisza głucha,
I gdzie jeśli to słychać, to — pobrzęk łańcucha!
Tam dalej — het, daleko — jakaś sina chmura:
Skała, ptak to skamieniał, czy grzbiet prajaszczura?
— To baba-rozwalicha zaległa szmat ziemi,
Szmat naszej polskej ziemi, oczyma czujnemi
Spoglądając na Węgry, czy znowu, psiapary,
Nie posuwają granic zachłanne Madziary.
Na lewo myślenickie góry i już dalej
Oko moje nie dotrze po eteru fali;
A jednak widzę dobrze za sinych gór wałem.
Czego wzrokiem cielesnym dojrzeć nie zdołałem,
Widzę ogród i domek, ukryty w drzewinie,
W nim to wszystko, ku czemu myśl moja wciąż płynie:
Trzy boginki, trzy pustych swawolne okazy,
I tę, od której kornie odobieram rozkazy,
Szczęśliw, jeśli je spełnić ukwapliwie mogę
I do łaski najwyższej utorować drogę. [96]
Niestety, wpół do siódmej; więc od domku duszę
Oderwać i w lot wracać na Biskupią muszę.
Żegnaj, sroga Władczyni, Ajtel, Manel, Zofel:
Całuje i obśliniam wszyściutkie... pantofel.

Jeszcze trochę papieru, więc mała dokładka:
Niechajże zdrowa będzie i zacna Pękatka!
Co słychać, czy nie lepiej z trąbą Manioliną?
Kto wie czy to "kopanie" nie będzie przyczyną?

O moje szaty pytasz? — Już dawno gotowe,
Ale kiedyż wdziać na się: deszcz, zimno "morowe"!

O Manioli wiadomość od niskiego sługi:
Na kurs przygotowawczy zapisana drugi.



[97]

Dnia 3/7 w Dużym Gaju.


Duży Gaj za Prusami chceszli wiedzieć, co to,
Przeczytaj, bo pantofel niniejszą ramotą
Chce okupić swą winę, że niepomny szkody,
Choć z bańkami na nogach, chciał użyć swobody.
Więc jak było, jak w tym się znalazłem zakątku,
Posłuchaj, o Władczyni: opowiem z początku.

Zjadłszy obiad cielęcy, na dworzec prościutko
Walę o wpół do drugiej i za chwilkę krótką
Ze zdobytym biletem siedzę w trzeciej klasie,
Ślicznie wyprasowany, jak serek, przy kasie.
Wiesz, gdzie jadę, nieborak słabszy od pokusy?
Oto bilet, a na nim napisane — Prusy!

Nie bój się: to nie zgraja, co płata psikusy,
To Bogu ducha winne, a poczciwe Prusy;
To nie dzicz rozjuszona, żarłoczna, morowa:
To ot, sobie po prostu wioska u Krakowa.

Ruszamy, smok na przedzie kłęby dymu ciska,
Wnet koło żydowskiego jedziem okopiska.
Ciżba głazów ciosanych zmarłych żydów zdobi:
Co też ten tłum u ojca Abrahama robi?
Czy handlują i z ceny opuszczając tracą,
I czy też geszeftami, jak tu, się bogacą? [98]

Takem pytał; nie rzekły nic żydowskie duszki;
Tymczasemm smok zajechał z nami na Grzegórzki.
Potem wyminął Dąbie i wciąż szparko dyma,
Aż stanął na stacyjce, której — wcale nie ma.
Wierzcie, nie wierzcie: tak jest; nic nie widać blisko —
Prawda, zamiast stacyjki było tam karczmisko.

Czy też będzie popasał? — Na szczęście zaniechał
Smok dawnego zwyczaju i dalej pojechał.
W Czyżynach rozbrat bierzem: kto mnichów przekłada
Nad cudowną naturę, ten się tu przesiada
I prosto do Mogiły do klasztoru jedzie,
Gdzie go wyborna kawcia czeka po obiedzie.
My na Bieńczyce jedziem, het, do Grębałowa,
Gdzie jedynaczka chowa drób (raczej nie chowa).

Potem dymamy w górę, aż wreszcie i Prusy;
Na przystanku wysiadam: tu cel mej pokusy.
Więc z kieszeni wyciągam wlot Umgebungskarte,
Patrzę: w lewo Gaj Duży — no, to widzieć warte.

Zanurzam się w zieleni, jak świerszcz: o skąpico!
Gdybyś mię mogła widzieć, jak w przełaj pszenicą
Walę przez środek wojska wąsatych szypułek,
Co mi pachną — mówię Ci, zapach świeżych bułek!

Za pszenicą drzew kępa, więc pomykam kroku
I długo stoję, zdumion, niesyty widoku:
Kopiec, za nim obelisk, i różne ozdoby,
Kilka głazów wokoło: heretyków groby. [99]

Już to gust mieli niezły panowie Kalwini,
Wybór im tego miejsca na grób zaszczyt czyni.
W tyle gęsta dąbrowa, z przodu, jak na dłoni,
Kraków i cudna zieleń nadwiślańskich błoni;
Dalej wzrok mój, szybując przez srebrnych zbóż morze,
Utknie na Tatrach, spocznie w Niepołomskim borze.

Tu zajadam pierniczek (niema chleba kromki!)
Wodę mi zastępują różowe poziomki,
A że śliczne jagódki soki czerpią z ziemi,
Aż nazbyt przesyconej prochy kalwińskiemi,
Więc z kalwińskich cząsteczek coś i we mnie wnika,
Tak, że obok pantofla masz i heretyka!

To napisałem w cieniach gaju czy też lasu,
Lecz opisać, niestety, już mi braknie czasu.
Zresztą las widziałyście u Madeja z sieni,
Więc o tym powiem krótko: taki jak we Drwieni.

Już po piątej: westchnąłem i wychodzę z lasa
I do Raciborowic rżnę wprost do Kalchasa,
Czy mię przyjmie, jak przyjmie, czy brzydko czy ładnie?
To ci potem opowiem dalibóg dokładnie.



[100]

Nazajutrz na Biskupiej, 6 rano.


Zgadnij, kiedy znów własne powitałem kąty!
Oto nie mniej, nie więcej: o wpół do dziesiątej.
Cały, bez szwanku, tylko nogi w miernym stanie,
Więc im też na miednicy sprawiłem kąpanie.
Lecz "Do rzeczy!" wykrzyki natarczywe słyszę;
Więc wracając do rzeczy, w dalszym ciągu piszę.

Oto dzieje dnia tego; dodaję skruszony,
Żem stracił (oprócz butów) całe — pół korony!
Więc mam w Bogu nadzieję, że mię miną wrzaski
I do dawnej powrócę u skąpicy łaski.

Rżnę więc, gdzie okolicę łysina oświeca
(Mówiąc po galicyjsku) księdza Dziatkowieca.
Mijam dwie ciche wioski: Prusy, Zastów potem,
Ukryte w sadach, zbożem otoczone złotem:
Czystość, schludność, zamożność, ku mojej rozpaczy
Niegdzie dojrzeć nie mogę pejsatych brodaczy!
Pochwalony! — Na wieki! — aż miło rozbrzmiewa;
Gdzieś w oddali ptaszyna i pastuszek śpiewa;
Wreszcie skręcam przez pole do drzew kępy, z której [101]
Starożytnej świątyńki przeświecają mury;
Probostwo nowiusieńkie: tu pasterz wśród owiec,
Wiedzie chłopów do nieba ksiądz Waluś Dziatkowiec.
— Pochwalony! — Na wieki! — serdeczne witanie,
Węgier z Austryakiem na stole wnet stanie.

Piję szklankę Bilińskiej, okraszonej winem,
(Bo i tę ma: niedarmo jest Kalchasa synem!)
Gadu, gadu, zwyczajnie jak z niemłodym stary,
Dawne z bliskiej przeszłości wywołujem mary.
Tak do późnej godziny bawimy się szczerze,
Aż ci Kalchas na nocnik prosi i wieczerzę.
Odmawiam, bo sumienie przedstawienie czyni:
A nuż się o tem dowie twa sroga Władczyni!
Ciareczki mię przechodzą; więc też wnet ochocie
Kres kładąc i rozmowie, myślę o powrocie.
Obśliniwszy Kalchasa, niosę żwawo nogi,
Odprowadzony przezeń niemały śtuk drogi.
Chciał mię odwieźć: nie chciałem, szło mi bowiem o to,
Żeby próbę nóg zrobić, dymajac piechotą.

A teraz o świadectwach — bo bóstwa ciekawe,
Któraż z bogiń nią nie jest — krótką zdaję sprawę.
Świadectwo Manioline — rzecz nieosobliwa;
Tu, ówdzie dla okrasy jakiś sergut pływa,
Zresztą widocznie, by ją wyleczyć raz z pychy,
Powpisywano prawie same naderlichy.
Trzaskowski się za głowę złapał ku mej męce,
Że takiego świadectwa dawno nie miał w ręce; [102]
I polska naderlicha też literatura.
Jeszcze gorsze świadectwo ma pośrednia córa,
Bo więcej naderlichów a skąpiej sergutów:
Widać mniej zanosiła do szkoły kogutów.
Postęp też nader lichy, rzecz niezrozumiała;
Obyczaje wzorowe i pilność wytrwała!

Lecz czas kończyć: wołają Orland, Rej, Broszury,
Więc obśliniam boginki, tak matkę, jak córy.

O tyrańska Władczyni, o boginko nieba!
Czy ci przypadkiem marnej mamony nie trzeba?
Kiedy do was przyjadę? — I tu Ci dołożę:
Po piętnastym — lecz kiedy? — sam wiesz, mocny Boże!

Na Pękatkę papieru i miejsca za mało,
A przecież ją pozdrowić pięknie należało.



[154]

Księdzu


— "Katull, Lesbia, miłość — to nie księże rzeczy".
I lekarz, nie chorując, zna słabość i leczy.



[154]

Kalchasowi


A może do pielgrzymki Radziwiłł zachęci?
Tymczasem przyjm, Kalchasie, ten znak mej pamięci.
- "Co, Katullus! - mój urząd: grzechy i pokuta!"
- Homo es, nil humani alienum puta. - [155]



Życzę lat błogich, pięknych, pogodnych
Jak dzionek letni po burzy.
Niech dni Twych w piękne uczynki płodnych
     Gorycz ni troska nie schmurzy.

Pasterzu dobry! Kapłanów wzorze!
Kwietną miej ścieżkę żywota
I w późne lata głoś prawa Boże,
     Wskazuj, gdzie prawda i cnota.

Jak on Samuel, gołąbek Pański,
Stróż wierny skrzyni przymierza -
Prowadź do nieba lud chrześcijański,
     A lud niech słucha Pasterza.

Żyj długie lata w Bożym zakonie
A dobrych czynów nić złota
Niechaj Ci wieniec włoży na skronie,
     Włoży zasługa i cnota. -



[180]

Prof. Drowi Stanisławowi Windakiewiczowi


Jasne słońce Homera, niebo, ziemię, morze,
Z ludźmi, z bogi, półbogi - nęści, Profesorze!



Przyjm polskiego Flakkusa; czyn to mój ostatni:
Już się też strojów polskich przebrało w mej szatni.



[180]

Prof. Drowi Stanisławowi Witkowskiemu


Kiedy nam odmówiły przeciwne wyroki
Na niwie Homerowej wspólne stawiać kroki,
Niech mój Pegaz, najęta w Meoniji marcha,
Pod ostry nóż światłego idzie Arystarcha.



[181]

Drowi Józefowi Wodnieckiemu


Za pamięci Twej dowód i wonny i czuły
Przyjm książczynę Doktorze: wart dymek bibuły.



[181]

Ks. Kan. Władysławowi Wójtowiczowi


Po obiadku i śklenicy
Proboszczowi i Dziewicy,
Wychyliwszy (w myśli) kubek,
Dziś życzenia składa Czubek.
Ksze Władysławie,
Bryczka w naprawie,
A zaś per pedes
Ad sanctas sedes
Przez lepkie błoto,
Rozmiękłe słotą,
Trudno mi chylcem
Dyrdać Kobylcem,
I wyższa Władza
Ostro odradza.
Więc w dzień imienny
Winszunk piśmienny,
Szczery, niedługi,
Od swego sługi
Przyjm z miłą chęcią
I darz pamięcią
Bazgrę tych próbek -
Sługa Jan Czubek.



[185]

Prof. Drowi Tadeuszowi Zielińskiemu


Najuczeńszemu w Polaków plemieniu,
Wielkiemu sławy światowej imieniu
Pokłon niech "chłopska" odda Iliada,
Jak hołd należny sługa - tłomacz składa



[185]

Żonie


Dostawczyni fiksów, szelek,
Kiełbas, szynek i sardelek,
Fabrykantce hideg - meleg,
Mistrzyni od kas, tabelek,
Włosów, wąsów, taśm, pętelek,
Dziur, gazików, kamizelek,
Arcyperle karmicielek,
Najsłodszej z pocieszycielek,
Oraz berła dzierżycielek -
Najpoddańszy pantofelek.



[185]

Dedykacje bezimienne


Podziw dla uczoności i pamięć współpracy
Niech odświeża ten z polska ubrany Horacy.



"Horacego mam czytać - tak karta za kartą?
"Taki nudziarz... wszetecznik..." "A - to czytać warto!" [186]



Dziwna jakaś brzmi nuta w dzisiejszej piosence:
Serca zwiędły i zeschły, szaleją rozumy;
Młodzi - a starcy, patrzy w grób - a pełni dumy;
I nigdzie, nigdzie ulgi potępieńczej męce?

Starcowie lubią dziatki i piosnki dziecięce...
Więc poszedłem się poić echem greckiej dumy,
Poszedłem łowić uchem greckich gajów szumy
I zebrałem plon skromny - komuż go poświęcę?

Komu, jeśli nie Tobie, co węzeł stargany
Między pięknem i dobrem zadziergłaś na nowo,
Mądrość łącząc Pallady z urokiem Dyany?

O przyjm te pieśni ze serc dziecięcych wysnute...
Ty niegdyś bystro żywe pojmowałaś słowo:
Ty mnie i dziś rozumiesz - i tych piosnek nutę. -



Darł się na szczyt przekupień z krzykiem i hałasem
I już w myśli sam jeden zawładnął Parnasem.
Przedwczesne twe triumfy, o figuro licha,
Bo cię na łeb sromotnie mąż uczony spycha,
Więc podziw i uznaniem bogom miłej pracy,
Zaś pokłon uczoności niech złoży Horacy. [187]



Z życzeniem: niech po pracy kajdaniarskiej, znojnej
Wzbudzą uśmiech te dzieje sinko - czubnej wojny.




Copyright © by Usługi dla Ludzkości (xwa & mb).
Last UpDate: 12.01.2011 [ver.3.1 rb©]
Generation time: 0.51438sek.


Warning: Unknown: open(/var/lib/php5/sess_ca37fc0df449fba2e69b5df556d338a1, O_RDWR) failed: No space left on device (28) in Unknown on line 0

Warning: Unknown: Failed to write session data (files). Please verify that the current setting of session.save_path is correct (/var/lib/php5) in Unknown on line 0