takie sobie logo serwisu
Dedykacja

KAROL KORTA
Wspomnienia

JAN CZUBEK
RYMY
Przedmowa
Rymy młodzieńcze
Życzenia Ojcu.
Życzenia Matce.
Matce.
Życzenia Matce.
Swojej matce.
Hymn do Boga.
Powódź.
Narzekanie abszytnika.
Życie! Coś ty jest...
Wiersz seminarski.
Na pamiątkę.
Cisza wkoło...
Na Boże Narodzenie R. 1867.
Życzenia.
Młodzianowi „z pod krzyża”'.
Do jesieni.
Moja skarga.
Kościółek ś. Anny na Górze.
Hymn majowy do N. Panny.
Kolęda.
Do skowronka.
Judasz.
Co? Szczęścia niema?!
Dobrze mi, Panie...
Rymy wieku dojrzałego
Rymy ostatnie

H O M E R
ILIADA
Pieśń I

H O R A C Y
POEZJE
Słowo wstępne
Pieśni
Księga I
Jan Czubek (1849-1932) - biografia, twórczość (Rymy, 1937)

Rymy młodzieńcze

[11]

RODZICOM

Życzenia Ojcu.


Wszyscy na ziemi chodzimy do szkoły,
Czy uczeń w szkole, czy wieśniak na roli:
Wieśniak ma wielką pracę i mozoły,
Uczeń znów głową i umysłem boli.

A tak mozoły i trudy i radość,
Jak profesory uczą rozmaicie:
Jeśli im tylko uczynimy zadość,
To kiedyś cieszyć będziem się obficie.

Oj! już podobno szkołę życia całą
Przebiegnęliście na tym bożym świecie:
A więc nie myślę przeszłość skamieniałą
Wołać pamięcią i różne zamiecie:

Ale czterdziestą i ósmą wiosenkę,
Kiedy przypada patrona waszego,
Myślę wam rzewną wyśpiewać piosenkę:
Życzenia dziecka wdzięcznego.

Lecz ja nie życzę wam szczęścia takiego,
Jak go pojmuje wiek na złoto chciwy,
Lecz szczęścia wedle zakonu bożego,
Którem dopiero człowiek jest szczęśliwy. [12]

Choć pośród cierni, niechaj wasze życie
Płynie w spokoju i ludzi miłości:
Tak było niegdyś na Golgoty szczycie,
Ażeby ulżyć cierpiącej ludzkości.

Byle krzyż donieść, donieść bez szemrania,
Złożyć go u stóp Przedwiecznego tronu:
Niech będą troski nasze i życzenia,
Te niech zostaną ciągle... aż do zgonu.

Niech się wam życie w jeden wieniec splecie,
A choć ciernisty — lepiej — nie obleci.
Tego wam życzy wasze wdzięczne dziecię,
To samo, myślę, życzą wszystkie dzieci.

Pisałem w Krakowie, 15 maja 1866.
              Jan Czubek, V klasa gimnazjalna.







[13]

Życzenia Matce.


Znów rok przeminął — rok do grobu bliżej
I dzień znów nadszedł, w którym serce moje
Mogę otworzyć i Wam dowód świeży
Mojej wdzięczności wylać — czucia zdroje.

Dziś Waszej patronki. Lecz jakież życzenia
Mam Wam dziś złożyć, Matko moja droga?
Toć jabym życzył chwały ludzkiej, mienia,
Ale spostrzegłem, że ziemia uboga.

Co ona daje — wszystko wnet przemija,
A szczęście, którem do nas się uśmiecha,
Jest niby słodkie, ale wnet, jak żmija,
Naleje jadu do serca i zdycha.

Więc precz z życzeniem — co bańką na wodzie
I choć się ziści - szczęścia nie przynosi:
Precz z takim zamkiem, co stoi na lodzie —
Me serce inne dla Was szczęście prosi.

Ponieważ to dziś, jeśli się nie mylę,
Jest Wiktoryi, co znaczy "zwycięstwo"
A do zwycięstwa trzeba męstwa tyle!
Więc proszę Boga: Boże, daj Wam męstwo. [14]

Bo chcąc dodźwigać ten żywot bez skazy,
Ducha świętego potrzeba nam męstwa,
Z męstwem jedynie można być bez zmazy,
Wiekopomnego dostąpić zwycięstwa.

Męstwa Wam życzę w pracy i w kłopocie,
Męstwa w ucisku i dolegliwości,
Męstwa Wam życzę w tym ziemskim żywocie,
A po tym życiu - wiecznej szczęśliwości!








Matce.


— Synu, na księdza i tylko na księdza,
Bo mi się zdaje, że idziesz do nieba,
I ciebie nigdy nie chwyci się nędza
I mnie użyczysz powszedniego chleba. —

O matko moja! Jeśli za nakłady
Chcesz coś ode mnie — nie pójdę na księdza,
Będę pracował i dam sobie rady,
Że mnie i ciebie nie chwyci się nędza.

— Synu, na księdza! w parafii całej
I jeszcze szerzej będzie tobie chwała,
A mnie sąsiadki będą wskazywały:
Szczęśliwa matka, co księdza wydała. — [15]

O matko! jeśli poświęcę się cały
Miłości Boga i dobru bliźniego,
I mnie i ciebie będą wskazywały
Sąsiadki: "To syn, a to matka jego".

— Synu, na księdza! bo mi się tak zdaje,
Że gdy cię widzę po księsku w sutannie,
To memu szczęściu już nic nie dostaje
I tylko płakać myślę nieustannie. —

O matko, jeśli po latach ci kiedy
Dziatwę do nóg twych przyprowadzę żywą
I powiem: Matko, błogosław! czy wtedy
O matko moja! nie będziesz szczęśliwą?

— Synu, na księdza! duchowny jak w niebie.
Na świecie takie do złego ponęty...
Przebłagasz Boga za mnie i za siebie
I będę świętą i ty będziesz święty. —

O matko! będę pokusy odpychał
I Pana Boga będę miał w pamięci
I będę za cię i za siebie wzdychał
A Bóg wysłucha — i będziemy święci.

— Synu, na księdza! nim byłeś na świecie,
Jam cię już bożej służbie poświęciła,
Gdym cię przyniosła do kościoła — dziecię,
To Matka Boska głowy mi skłoniła. — [16]

Matko! przed Bogiem za śluby odpowiem,
I Matkę Boską przeproszę pokornie,
Ale nie będę księdzem — nie chcę bowiem
Być świeckim po prawdzie — a księdzem pozornie.

— Synu na księdza! bo pójdę i w rzece
Życie zakończę samobójczo na dnie,
A ciebie czartów poruczę opiece
I za me życie kara na cię spadnie.

Matko! ja tobie aniołów opiekę
Uproszę z nieba — i zawsze u siebie
Będę przyjmował żebraka-kalekę
A ci mi Boga ubłagają w niebie.

— Synu, na księdza! bo niech ci się zdaje,
że matki nigdy nie miałeś w tym życiu:
Ja ciebie nie znam - pójdę w obce kraje
I resztę życia przepłaczę w ukryciu. —

Matko! ja tobie upadnę pod nogi,
Ty będziesz deptać po niezgiętym grzbiecie.
Ale ty odmień wyrok zgrozy, srogi,
Wszak ja niewinny — wszak ja — twoje dziecię.

— Synu, o synu! czyż cię nic nie wzruszy?
Ani łzy matki — ni zbawienie duszy?
Czy serce twoje całkiem bić przestało?
Lub czy na prośby matki skamieniało? [17]

O matko moja! czyż tak sądzisz o mnie?
Ty wiesz najlepiej, czy ci byłem głazem,
A przy zamiarach wytrwałbym niezłomnie...
Lecz księdzem będę — za Boga rozkazem.

                                               1/10 1868.








Życzenia Matce.


Matki miłość, matki troski
Ach, któż godnie jej odwdzięczy,
Co podobna Matce Boskiej
Nad kolebką dziecka ślęczy.

Potem drogę życia trudną
Ukazuje miłościwie,
Jak nie popaść z otchłań brudną,
Jak żyć z Bogiem i szczęśliwie.

Kiedy przyjdą czarne chwile,
Chwile smutku i żałości,
Któż dla ciebie ma łez tyle,
Tyle pociech i miłości.

Odepchną cię przyjaciele,
Wszystko zmienne jest na świecie,
Przyjdzie na cię smutku wiele,
Los ciężarem cię przygniecie, [18]

Lecz u matki pomoc pewna,
Miłość matki nie umiera;
Z pełnym sercem tkliwa, rzewna,
Łzę ci z oczu twych ociera.

Lub gdy szczęście ci zawita,
Odwiedzi cię, chociaż z rzadka,
Któż cię naprzód o to pyta?
Nie kto inny tylko — matka.

Matka wszędzie, matka zawsze,
I w niedoli nie odstąpi,
I gdy losy są łaskawsze,
Ona przestróg swych nie skąpi.

Więc za trudy i starania
Czyż mogę się odwdzięczyć Wam?
Lecz za miłość, przywiązanie,
Oby Bóg odpłacił Sam.

Ja zaś w dniu tym pożądanym,
W dniu radości, w dniu imienia
Z sercem wdzięcznością wezbranem
Zanoszę skromne życzenia:

Żyjcie be smutku wesoło,
Niech Was omija zgryzota,
Radość niech otacza czoło,
Radość niech Wam sprzyja złota. [19]

Niech Wam miłe lata płyną,
Rok za rokiem cicho bieży,
Bieżcie tą życia drożyną,
Choć się cierniami najeży.

Bo się skończy życia troska,
Życie łzawe trwa niedługo.
Tam Pan Jezus, Matka Boska
Powitają: Witaj, sługo!

Oto moje są życzenia
W dniu radości, w dniu imienia.
Tego życzę, co jest wieczne,
Bo to tylko pożyteczne.





[20]

Swojej matce.


Dziewięcioro nas u matki
Rosło, pod jej czujnem okiem
Swobodne jak polne kwiatki
Co się bielą nad potokiem.

Z dumą patrzała matka,
Serce jej drżało z radości,
Gdy się zebrała gromadka,
Gdy każde z dziatek zagości.

Jakiż to język wypowie,
Co tam czuła pierś matczyna,
Gdy rzędem, głowa przy głowie,
Stanęła cała rodzina

Najstarsze wiekiem na przedzie,
W końcu najmłodsza dziecina,
A matka oczyma wiedzie
I dobroć Bożą wspomina:

Patrz, ojcze! — w radości wielkiej
Do ojca rzecze nieboga.
Patrz! te główki — to szczebelki
Pięknej drabiny — dla Boga.

Bo po tych szczeblach Bóg chodził,
Dają nam szczęście niegodnym,
Dobytek i zboże rodził
Na chleb powszedni nam głodnym. [21]

Z Jego łaski ten dostatek,
Z Jego łaski, z Jego ręki,
Dziewięcioro zdrowych dziatek
Niechże, niech Mu będą dzięki.

I w te szczęścia ciche progi
Tyś grom zesłał, wielki Boże,
Lecz Tyś zesłał ten cios srogi,
Więc uwielbion bądź w pokorze.

Nie licz, nie licz, matko droga,
Nie naliczysz liczby całej,
Bo patrz, widne palce Boga
Już — już — jedno wymazały.

Kiedy dziatki staną w rzędzie,
Już nie dojrzysz jednej głowy,
Już jednego tam nie będzie,
Już go gniecie głaz grobowy.

Już, już nie ma liczby całej,
Już zazdrościć inne matki
Nie będą Ci czego miały,
Bóg zabiera i Twe dziatki.

O matko, matko pełna boleści,
Ileż bólu i goryczy
Dziś twe serce łzawe mieści? —
Matko! Bóg te łzy policzy.

1872.





[22]

Hymn do Boga
napisany z przyczyn zbliżającej się spowiedzi.



Boże wielki, Boże mocny,
Ty mi zawsze bądź pomocny.
W ostatecznej chwili zgonu
Bądź mi tamą i obroną.
Boże, w Tobie mam nadzieję,
Że bieluchną szatę wdzieję,
Jakom nosił niemowlęciem,
Będąc łaski Twej dziecięciem.
Lecz niestety bies — ponęta,
Zawikłały w grzechu pęta —
Panie! jam syn marnotrawny,
Ja żałuję za czas dawny.
A czas ten mój upłynniony
O! on dla mnie już zgubiony,
Szatan skusił, bodaj zginął,
Jam z przykazy się wyminął.
Panie, masz mię niewdzięcznika,
Dość czekania, strać grzesznika.
Panie! wstrzymaj rękę mściwą,
Ukaż twarz Twą litościwą.
Boże, wielce miłosierny!
Oto sługa Twój niewierny [23]
Z płaczem żebrze przebaczenia,
Nie uchylaj mu zbawienia.
Boś Ty dobry i cierpliwy,
Lecz zarazem sprawiedliwy.
Miłosierdzie idzie w parze,
Miłosierdzie Twe nie karze,
Boże wielki, wiekuisty,
Podsyć we mnie ogień czysty.
Błagam Cię przez Syna rany,
Bym był pielgrzym nieskalany.
Gdy mi miła będzie cnota,
Ty mi otwórz niebios wrota
I w przybytku zmieść wieczystym,
Bym Cię chwalił sercem czystym.
Amen, daj to wielki Boże
I gdzie człowiek nic nie może,
Ty, o Boże niepojęty,
Dodaj łaski swojej świętej. —

Kraków, 1/10 1866. VI klasa.





[24]

Powódź.


Rwie się już grobla, zaszumi pole,
Bałwany sieką, szumią w rozdole.

Niosę Cię, matko, nie wielki trud,
Bo jeszcze płytko, bo idę w bród.

— I o nas pomyśl! jakiż nasz los?
Trzech dziatek słyszysz błagalny głos?

Ty nas opuszczasz? — odchodzisz stąd? —
Joasia niesie matkę na ląd.

Na wzgórku stańcie choć krótki czas,
Powrócę zaraz, ocalę was.

Droga tam sucha, zajdziecie wnet,
Lecz i mą kózkę zajmijcie het.

Przerwana grobla — zaszumi pole,
Kłębią się fale, szumią w rozdole.

Wysadza matkę na pewny ląd
Krasna Joasia i wraca w prąd. [25]

Dokąd, hej dokąd? przyrasta wód,
Wszystko zalane, już zniknął bród.

Na toń bezdenną idziesz zuchwale? —
— Zginąć im nie dam! Nie, lecz ocalę. —

Już znikła grobla, już huczy fala,
Bałwany pędzą i szumią zdala.

Nadobna Zosia stawia śmiały krok
I choć głęboko — nie zbacza w bok.

Staje na wzgórku przy komornicy,
Ale już na nic pomoc dziewicy.

Już nie ma grobli, już huczy fala,
I mały cypel z szumem okala.

Wtem wionie przepaść, zawre wody kłąb
I ciągnie matkę i dzieci w głąb.

A jedno chwyta za kozy róg,
Już ich nie zbawi, sam chyba Bóg.

Nadobna Zosia stoi jakiś czas,
Ratujcie niebogę, ratujcie wraz.

I jeszcze mignie jak gwiazdka na niebie,
Ale nikogo nie ma w potrzebie.

Już sama jedna wśród wodnej toni
I żadna łódka nie płynie do niej. [26]

Jeszcze do nieba wyciągnie dłonie,
Na wieki spocznie na mokrem łonie.

Wszystko niszcząca woda zalewa,
Miejsce wskazują wieże i drzewa.

Suchego miejsca nie ma dwie piędzie,
A przecie Zosi obraz jest wszędzie.

Woda opada już skuta w pęta,
A wszędzie Zosi pamięć jest święta.

A kto nie sławi tej dziewki świętej,
W życiu i śmierci będzie przeklęty.





[27]

Narzekanie abszytnika.


Pany, pany: pany gałgany,
Przez was jestem z domu wygnany.
Miałem piękną pannę mieć,
Ta mię miała duchem chcieć.

Teraz z gwerem, patrontaszem leć.
Dalej, dalej, nasz dobosz wali,
Czegóż będziem wroga się bali.

Oj, nie żaden-ci to strach,
Lecz me dziewczę ach, ach, ach.

Płacze lubka, gdzie jej miły Stach?
Oj, daleko Stacha mi wleką.
Burze, deszcze na niego cieką.

Oj, kochanku miły mój,
Gdybym ci ja z czoła znój
Mogła ścierać, wyczyścić gwer twój!
Boże, Boże, wzeszły już zorze.
Któż mię, Boże, teraz wspomoże?
Ja nie mogę użyć snu,
Ach, a czy tam dobrze mu?
On tam leży moje już bez tchu.

Ale Panie! pomścij me łkanie,
Gdyby zdradził moje kochanie.
Lecz ty, Panie, odwróć grom,
Niech nie padnie na mój dom.
Niech powróci wierny, zdrów do dom. [28]
Oj! wietrzyku, mój posłanniku,
Zawiej ty tam, gdzie kul bez liku.
Zanieś mu mój smętny śpiew,
Zwiej z łona jego krew.

— Zaniedbany — powiedz — jest twój siew —
Wietrze miły, wracaj co siły;
Powiedz, powiedz, żyje mój miły?

Czy go ujrzą oczy me,
Czy już może nigdy nie?

Gwiazdko! jesteś na błękitu tle?
Dziewczę płacze, wrona kracze,
Oj! złowrogie krakanie, płacze.

Zniósł kochanek wojny trud,
Teraz spoczął w głębi wód —
Zgubny, zgubny był królowej gród.
Wstała dziewczyna, ręce złożyła
I tak się płacząc Bogu modliła:
— Jeśli nie poległ kochanek miły,
O! to daj Boże, by mu nosiły
Druhny do ślubu nadobny wianek.
Daj i mnie szczęścia powitać ranek.
A jeśli skończył ziemskie zadanie,
Wieczny spoczynek racz mu dać, Panie!
A mnie, o Boże! dziś błagam Ciebie,
Daj się połączyć z kochankiem w niebie.

16/10 1866.





[29]

Życie! Coś ty jest...


Życie! coś ty jest — oto już pół życia,
I cóż mi z tego — cóżeś ty mi dało?
Cierpię i cierpię od mego spowicia,
Życie! ty nie masz szczęścia — albo mało!

Bo za tą marą goniłem od świtu,
Jej poświęcałem moje młode siły,
Chciałem ją dopaść u samego szczytu,
Leciałem ślepy — a jędze szydziły.

I już dotarłem z płomiennem obliczem
I w najtajniejszem zszedłem ją ukryciu.
Dotknąłem — maro! czem ty jesteś? — niczem,
O życie moje! — Boże! — już po życiu...





[30]

Wiersz seminarski.


O życie moje, ubiegłe jak woda,
Stanij na chwilę przed mojem obliczem.
Niech cię osądzę, by gorzko rzec: szkoda.
O życie! jam cię przepędził o niczem.

Dobiega pono już drugi dziesiątek,
A jeszcze świętość w mem sercu nie płonie,
A w mogilniku już tyle pamiątek,
A ja za tobą, świecie, jeszcze gonię.

O świecie, świecie! kiedyż ty się wdzięczyć
Przestaniesz i dasz choć trochę spokoju?
Precz, precz odemnie, przestań ty mnie męczyć,
Niech się przynajmniej stare rany zgoją.

Wtedy mnie wyzwiesz do walki na nowo,
A ja ci stawię moje twarde lico,
Nie taj jak teraz z zawiązaną głową,
Lecz zbrojny cnoty i wiary przyłbicą.

Wtenczas podejmę twoją rękawicę,
By walczyć jako na męża przystoi.
Ale tymczasem daj mi twoją "licę"
Błagam, ach, błagam łaskawości twojej.





[31]

Na pamiątkę.


Żegnaj mi, luba ustroni,
Pełna kwiatów, czucia, woni.
Już odchodzę — bądź mi zdrowa!
Twą gościnność serce chowa.
Ja, odchodząc, błogosławię.
Nie wiem, co ci dziś zostawię
Na pamiątkę, na wspomnienie,
Chyba z serca dwa promienie,
Jasne, wielkie, błyskawiczne
Wyrwę i twe lica śliczne
Opromienię i rozjaśnię. —
A choć płomień na twem licu
Kiedyś może zmdleje, zgaśnie,
W moim sercu jasno świecą
Rzadkie w życiu szczęsne chwile,
Co zabłysną i po chwili
Ulatują jak motyle.
— Nam się zdaje, żeśmy śnili.





[32]

Cisza wkoło...


Cisza wkoło, głucho, ciemno,
Chwile się powoli wleką.
Chciałbym zasnąć — lecz daremno:
Moje myśli mkną daleko.

Lećcie myśli me sokole,
Ponad wieże, ponad domy,
Aż znajdziecie chatkę w dole,
Chatkę pięknej nieznajomej.

Lećcie, lećcie, myśli moje,
Lećcie bez tchu aż do ranka,
Aż znajdziecie te pokoje,
W których moja śpi kochanka.

Może nie śpi — o, to wtedy
Odemnie ją pozdrowicie
I spytacie, czy też kiedy
Nie pomyśli o mnie skrycie.

Gdy spełnicie to zlecenie,
Jeszcze jedna prośba mała:
Zanieście jej me życzenie,
By spokojniej niż ja, spała. [33]

Może śpi już ukochana,
O! to niechaj śpi szczęśliwa,
Do białego niech śpi rana,
Niech jej nikt snu nie przerywa.

Tkliwych piosnek cichym szmerem
Napawajcie słodko uszy,
O kochaniu mojem szczerem
Zaśpiewajcie i katuszy.

A gdy słońce blaskiem złotym
Opromieni nasze głowy,
Wy, odchodząc już z powrotem,
Pieśń zakończcie temi słowy:

Kiedyś, kiedyś, w cichym dworze
Zjawi ktoś się niespodzianie,
Zapłoni się dziewczę hoże,
Bo poznało swe kochanie.

Z czoła myśl ustąpi pusta,
Na wierzch prawda wyjdzie cała,
I nieśmiało szepną usta:
Jam cię dawno już kochała.

         6.12.1867.





[34]

Na Boże Narodzenie R. 1867.


Nadzieja! bracie, Boże zrodzenie
Dobrą otuchą napawa,
Bo ją przyjemnie żywi wspomnienie,
Kiedy błysła przodków sława.

Gdy opuszczona od swoich synów
Jęczała Matka kochana,
Na czyjeż hasło wstali do czynów?
Na głos proroka kapłana.

Czas ulotnie, szybko płynie,
Szybko wody toczą rzeki.
W starej Piasta hej! dziedzinie,
Migiem przemknęły dwa wieki.

I znowu, znowu polką dziedzinę
Obsiadły wrogi i troski.
I znowu, znowu przez własną winę
Łzawo jęczą polskie wioski.

Ach, bo nie dosyć, że matki ciało
Bezlitosne szarpią wrogi,
Jeszcze jej synom, im się zachciało
Cudze nam sprowadzać bogi. [35]

Stójcie, szaleni! ani krok dalej,
Bo straszna przepaść przed wami,
Ta droga nigdy nas nie ocali,
Bo Bóg najwyższy nie z nami.

Ach, smutno, smutno na polskiej ziemi,
Wiatr się sroży po mogile.
Ach, płaczmy, bracie, łzami krwawemi,
Przepłaczmy smutne te chwile.

Aż dobry Jezus zstąpi na ziemię,
Potęgę wrogów pokruszy,
Gdy zdejmie z ludu gniewu to brzemię,
Toć i łzy nasze osuszy.

Wszechmocną rączką z pod biednej strzechy
Pobłogosławi Maleńki,
I spłynie, spłynie źródło pociechy
Z nad betlejemskiej stajenki.

I starych przodków wiara znów wróci
W skrwawione serce narodu,
I znowu, znowu naród ocuci
Do świątecznego obchodu.

Do świątecznego wzbudzi obchodu
Owej przesławnej rocznicy.
Chwała polskiego zabrzmi narodu,
Chwała Dzieciątka, Dziewicy.





[36]

Życzenia.


Leci starzec siwobrody,
A choć stary nie ustanie.
Rzeki toczą swoje wody,
Płyną ciągle niewstrzymanie.

Leci starzec, hej, na gody,
Kosą wszystko w drodze ściele.
Hula, psoci siwobrody
I co ziemskie, z roli piele.

Lecz co Boskie, co nie z ziemi,
To już przed nim jest bezpieczne,
Nie dosięże szpony swemi,
Bo co Boskie, to jest — wieczne.

Więc gdy znowu niespodzianie
Stary psotnik odzież zmienia,
Na rok nowy, na zaranie,
Jakież przynieść mam życzenia?

Nie życzę szczęścia ziemskiego,
Lecz co trwałe, co wieczyste,
Szczęścia życzę, lecz takiego,
Jak pojmują dusze czyste.

Więc co w życia tej szarudze,
Co ci, bracie, świecić może,
Co być może ku zasłudze,
Daj ci, daj to, mocny Boże!

         1.I.1868.





[37]

Młodzianowi "z pod krzyża".


Hej, z pod krzyża Ty młodzianie,
Niech Ci Pan Bóg dopomoże,
Na braterskie powitanie
Przyjm serdeczne "szczęść Ci Boże".

Naprzód z krzyżem idź bez troski,
Choć przez kolce, choć przez ciernie,
Wsparty mocą łaski boskiej,
Jakeś zaczął, tak służ wiernie.

Dobreś, bracie, obrał godła,
Na tę podróż mglistą, ciemną,
Błogo Tobie... i Twa modła
Nie zostanie nadaremną.

U stóp krzyża na Golgocie,
Tam błysk nowy, tam zaranie,
Odrodzenie tam ku cnocie,
Tam ojczyzny zmartwychwstanie.

Ale trzeba, trzeba wiary,
Trza nadziei i miłości,
A Bóg ojców, Bóg ów stary,
Znów litośnie nam zagości.

         14.5.1868





[38]

Do jesieni.


Jesieni! ciebie inni zowią chłodną,
Zamgloną, dżdżystą — nienawidzą prawie.
Ja cię mych natchnień matką nazwę rodną
I zamiast nienawidzić — błogosławię.

O! bo w mej duszy ciągła jesień dżdżysta
I mój horyzont jest zawsze pochmurny.
Często łza spadnie, krysztalna, kroplista,
Którą ja chowam do mogilnej urny.

Więc przybądź, miła! do mojej łzawnicy,
Przyczynisz westchnień, łzawych kropel parę
I liści zeschłych i ulżysz tęsknicy,
A ja znów gonię moją świetlną marę. —

         1868





[39]

Moja skarga.


Boże! czemu między Twemi
Stworzeniami ja jedyny
Nie mam serca na tej ziemi,
Czyż tak wielkie moje winy?

Ludzie! czy wy wskróś bez serca,
Czy o sercu skamieniałem?
Czy ja taki przeniewierca?
Czy przekleństwo mym udziałem?

Czemu ja was tak odpycham?
Czy ja nie mam dla was duszy?
Czy, że płaczę, tęstknię, wzdycham,
Czy to razi wasze uszy?

O, darujcie, ja się będę
Śmiać i skakać razem z wami,
Lecz zostawcie potem zrzędę
Z piosenkami i jękami.

To majątek łzą roszony,
Tego ja nie sprzedam tanio,
Jak kochanek ulubionej,
Choćby świat mu dano za nią.

Ale ja was, śmiertelnicy,
Skrą miłości wskroś przewiercę,
Tylko za to w mej tęsknicy
Dajcie wy mi serce, serce!!!

         Październik 1868





[40]

Kościółek ś. Anny na Górze.


Świętej Anny ty kościółku,
Kto cię kiedy na tej skale
Ufundował? a tak trwale
I tak pięknie w tych drzew kółku!

Jaka u tych ludzi wiara,
Co tu pierwszą cegłę wnieśli,
Co po świecie darmo nie śli?
O! ich wiara była stara!

Każdy kamień w tym tam murze,
Każda cegła w tej świątnicy
Świadczy, jacy robotnicy,
Jak ich myśl latała w górze.

Przy kościółku drzew koronę
Posadziły skrzętne dłonie,
A okopem ku obronie
Otoczono każdą stronę.

Ile to tam w tym kościółku
Pan nasłuchał się modlitew!
Ileż nie stoczono bitew
W małym ludu tym przytułku! [41]

Przeszło wszystko — lud-robotnik,
I lud-rycerz — oba zmarli.
Na ich miejsce przyszli karli,
Przyszedł obcy, wrogi psotnik.

Mur świątyni na pół pęka,
Lecz z pomocą nikt nie bieży —
Lud-robotnik w grobie leży,
I gdy kościół trzeszczy — stęka.

Już okopy rozrzucone,
O rycerzach ani słychu;
Ich następcy — ci po cichu
Noszą jarzmo, krwią zbroczone!

Tylko drzewa rozłożyste,
Co tam zdobią szczyt wysoki,
Odświeżając stare soki,
Dotąd trwają — bo wieczyste.

Polsko dawna, Polsko zgniła,
Gdybyś w dawnej przodków wierze
Wiek po wieku soki świeże
Była brała — tobyś — żyła!

18.10.1868.





[42]

Hymn majowy do N. Panny.


Gdy mile i wdzięcznie przecudna wiosenka
I wita i pieści nas wcześnie,
O, niechże i nasza skromniuchna piosenka
Wzlatuje ku niebu rówieśnie.
Gdy wszystko, co żyje, zielono zakwitnie
I cała przyroda się śmieje,
O, niechże piosenka pochwali, powita
Maryję, tę naszą nadzieję.
Kwiateczku, braciszku, motylku bez troski,
I łąki nadobne, kwieciste,
Oddajcie pokłony Dziewicy tej Boskiej
I chwalcie jej serce przeczyste.
Skowronki, słowiki, wy boże śpiewaki,
I ty, swobodna rybeczko,
Zanućcie Maryi pochwalny hymn jaki,
Zagrzmijcie pochwalną piosneczką.
Składajcie swe hołdy przeczystej tej Pannie
I ty też, słoneczko promienne,
Wychwalaj, wysławiaj i czcij nieustannie,
Pogodne ty niebo wiosenne.
I my Ci, o Matko, ochoczo, wesoło,
Dań serca pod nogi znosimy
I kornie przed Tobą schylając dziś czoło,
Majowe dni Tobie święcimy. [43]
O święta i Syna Boskiego Rodzico,
Wszechwładna Maryo na niebie,
O, zwróćże, o skłońże najświętsze k'nam lico
I wesprzyj nas biednych w potrzebie!
My w Tobie, o Matko, nadzieję, jak dzieci,
Po Bogu składamy przeważnie,
Czy czasem pomyślność nam z góry zaświeci,
Czy Syn Twój posyła nam kaźnie.
O, niechże, niech w Twojej wszechwładnej przyczynie
Składamy nadzieję skutecznie
I niech Cię, o Matko, w niebieskiej krainie
Z radością widzimy i wiecznie!





[44]

Kolęda.


— Ty, Pan Niebios, Ty, Syn Boga,
Ty drżysz — twarde łoże.
Cóż ja pocznę, ja nieboga,
O Boże, mój Boże! —
— Nie płacz, nie płacz, Matko miła,
Oto przychodzimy.
Miłość nas tu sprowadziła,
Wnet nie będzie zimy. —
— Tchem miłości ogrzejemy
To nasze kochanie,
Serca czyste Ci niesiemy,
Jezu, na posłanie. —
— A Ty ściągnij rączkę małą,
Dodaj, co potrzeba,
Byśmy Ciebie wielbiąc, z chwałą
Trafili do nieba.

4.12.1868.





[45]

Do skowronka.


Hej, śpiewaku Matki Boskiej,
Skowroneczku ty nasz tkliwy,
Wznoś się, wznoś się ponad wioski,
Ponad polskie wznoś się niwy.

Dalej, dalej, nasz orliku,
Dalej w górne wzbij się szlaki.
Dalej, dalej, po promyku
Między pańskie leć śpiewaki.

Pan ci skrzydeł lotnych doda,
Temi przedrzesz gęsie chmury,
Dalej w niebo, het, do góry,
Tam prawdziwa jest swoboda.

Pracuj, pracuj dla narodu
W przepaścistych głębiach ducha,
A od wschodu do zachodu,
Wszędzie naród ciebie słucha.

Gdy oblęgną ciebie troski,
Świat nie przyjmie twojej woni.
Hej, śpiewaku Matki Boskiej,
W pomoc do Niej, w pomoc do Niej.

Ona ciebie ujmie tkliwie
W macierzyńskie swe objęcia
I powtórzy miłościwie
Obraz swego wniebowzięcia.





[46]

Judasz.


Nad Jeruzalem noc zawisła czarna
I w całym grodzie spokojność cmentarna.
Ulice długie, pełne rozgoworu,
Jakby je przeszedł duch — anioł pomoru.
Tak gwarne we dnie, teraz zaniemiałe,
I Jeruzalem śpi — ale niecałe.

Już księżyc stary na niebo wychodzi,
Jasności pełen świetlanej powodzi
I do uśpionej zagląda stolicy,
Jakby tej nocy śledził tajemnicy.
Tak coś w gród króla zagląda ciekawie,
Lecz tak spogląda na ten gród coś łzawie,
Że się na chwilkę uśmiechnie pogodą,
To znów twarz słania jaką chmurką młodą
A z nim licują razem gwiazdki małe,
I Jeruzalem śpi — ale niecałe.

Popod zaułki pełne brudów, śmieci,
Kędy księżyca światłość nie doleci,
Jakaż to postać wychudła i blada
Z strasznem wejrzeniem powoli się skrada?
O, ktoby wtenczas na tę twarz skurczoną,
Na tę źrenicę piekłem zaiskrzoną
I na te lica zżółkłe rzucił okiem [47]
Tenby już dalej nie ruszył ni krokiem.
O, bo na ziemi nigdy od wiek wieka
Nie było jeszcze takiego człowieka
I nigdy pewno nie będzie już więcej,
Bo z tej postaci zgarbionej, zwierzęcej,
Pełnej przewrotu i ciemności ducha
Zda ci się piekło pełnym żarem bucha
I iskry smrodne wkoło rozsypuje,
Któremi w koło atmosferę truje.
Na jego czole, porytem w zagony,
Świeci znak jakiś straszny i czerwony.
O synu ludzki, biada tobie, biada,
Bo na twym czole błyszczy krwawo zdrada.
Szatan cięzrobił zdrajców protoplastą,
Zdrajca przebiega wyludnione miasto,
Raz wraz przystawa i z uwagą słucha,
Lecz wszędzie cisza i spokojność głucha.
Idź, idź, gdzie szatan chciwości cię wiedzie,
Daj hasło niecnej szatanów czeredzie.

I co masz czynić, czyń rychlej — a przecie
Lepiej by było nie być ci na świecie.
Idź, już oddawna radni Sanhedrynu
Czekają na cię — Judaszu, do czynu!
Za Jeruzalem, getsemańską drogą,
Tam za Cedronem, rzeczułką ubogą,
Sunie się zwolna dwanaście postaci,
Dwunastu, rzekłbyś, idzie razem braci.
Bo na tych twarzach śpiżowo miedzianych,
Poważnych trudem i wiekiem zoranych,
Smutek i boleść obrały siedliska. [48]

Kto by się przyjrzał tym postaciom z bliska
I przy niepewnym odblasku księżyca
Badał uważniej ich ruchy, ich lica,
O, tenby pewnie nie ukrył wrażenia:
Nie, to nie własne muszą być cierpienia.
O, bo i czegóż, wszyscy, wszyscy społem
Rzewno i tkliwie otaczają kołem
Tego, co zwolna pośród tego wianka
Kroczy z spokojem cichego baranka?





[49]

Co? Szczęścia niema?!


Co? szczęścia niema?! ludzie, co mówicie?
Ja wam nie wierzę — jest szczęście na świecie,
Jest, lecz nie takie, w jakie wy wierzycie.
Jest, ale takie, o jakiem nie wiecie.

I ja tak długo dawałem wam wiarę
I ślepy z wami goniłem w szeregu.
Już, już dosiągłem moją zwiewną marę,
Lecz gdym się dotknął, zniknęła mi w biegu.

Wtedym przystanął, oczy stały słupem,
Źrenicą błękit wierciałem daleki.
Maro! ukaż się, albo padnę trupem,
Jak potępieniec, przeklęty na wieki. —

Niech Ci, o Boże, wieczne będą dzięki,
Żeś mnie do siebie przyciągnął litośnie
I żeś mi ulżył moje piekła męki
I że w mej duszy szczęście, spokój rośnie —

Będę Cię sławił, póki sił mi stanie,
Będę Cię wzywał w każdej złej potrzebie,
A Ty, o Panie, uczyń zmiłowanie
I po tem życiu każ mi przyjść do Siebie. —

10.I.1869 r.





[50]

Dobrze mi, Panie...


Już różane wzeszły zorze,
Słońce w twarz zagląda chmurze,
Gwiazdki nikną na lazurze,
Bądź pochwalon, Panie Boże.
Dla mnieś wskrzesił dzionek ranie,
Dobrze mi, Panie.

Na mym niebie zorza płonie,
W sercu iskra tajemnicza,
Gorączkowy blask oblicza
Skrami bucha, ogniem zionie.
Choć już mi wnet sił nie stanie,
Dobrze mi, Panie.

Słońce skryło twarz ognistą.
Błyskawiczne idą chmury,
Na nieszczęsną ziemię z góry
Płyną lawą płomienistą.
Tyś to posłał na skaranie,
Dobrze mi, Panie.

Na mem niebie zorza znika,
Ogień, co się świecił jaśnie,
I rumieniec twarzy gaśnie, [51]
I ostatnia skra promyka.
Chociaż ciężkie me zadanie,
Dobrze mi, Panie.

Piorun runie w mą lepiankę,
Serce zadrży, łzawo jęknie,
I jak lutni struna pęknie,
Grom potarga natchnień tkankę.
Wtenczas, wtenczas — precz, szatanie!
Dobrze mi, Panie.


Copyright © by Usługi dla Ludzkości (xwa & mb).
Last UpDate: 12.01.2011 [ver.3.1 rb©]
Generation time: 0.38548sek.


Warning: Unknown: open(/var/lib/php5/sess_2573e91404e7a340e519640b0b9b5966, O_RDWR) failed: No space left on device (28) in Unknown on line 0

Warning: Unknown: Failed to write session data (files). Please verify that the current setting of session.save_path is correct (/var/lib/php5) in Unknown on line 0